Polskie Karaiby #1 – Le Marin

{:pl}Małe i przeciętne miasteczko znajdujące się na południu Martyniki. Nie ma tu nic, co mogłoby przyciągnąć zwyczajnego turystę. Le Marin jest taką klasyczną umieralnią gdzie niewiele się dzieje. Rzeczą wyróżniającą mieścinę od innych klasycznych umieralni jest marina. Ogromna marina. Mogąca pomieścić kilkaset jachtów. Nie ma takiej drugiej w tej części Karaibów. Kolejne tyle stoi na kotwicy w wąskiej zatoce o licznych, porośniętych mangrowcami odnogach.

IMG_2179

Tak, Le Marin jest miasteczkiem typowo żeglarskim, gdzie wszystko kręci się wokół jachtów. Jest tu spora stocznia, kilkanaście sklepów żeglarskich, warsztatów, serwisów, paru żaglomistrzów i kilka przyportowych tawern. Ukształtowanie terenu sprzyja. Zatoka jest osłonięta od wiatru i fal. To wystarcza do użycia określenia “Hurricane Hole”, czyli miejsca gdzie bezpiecznie…j można zostawić jacht podczas sezonu huraganów. Gdy nadejdzie prawdziwe piekło, to zapewne nic nie pomoże. Na tropikalne burze solidne przycumowanie jachtu w mangrowcach powinno w zupełności wystarczyć.

Marina budzi się do życia o poranku. Wszyscy chcą załatwić swoje sprawy wcześnie rano. Zanim upał zacznie doskwierać. Gdy robi się nieznośnie gorąco, kto może udaje się do jednej z knajp na butelkę lokalne sikacza, czasami szklaneczkę lokalnego rumu. Niemal każdy z komputerem czy tabletem pod pachą. Trzeba w końcu nawiązać kontakt ze światem, który stąd wydaje się być bardzo odległy. Zewsząd słychać odgłosy mariny; turbiny wiatrowe, liny trzaskające o maszty czy łopoczące na pasatowym wietrze bandery. Po południu wszystko dzieje się już jakby nieco wolniej. Gorące powietrze wciąż daje się we znaki, a ludzie wyczekują już zachodu słońca. Knajpy znów się wypełniają. Jednak poza piątkiem i sobotą raczej na dość krótko.

Wielu żeglarzy zostaje tu już, aż do końca swych dni. Zmęczeni życiem samotnicy stają w odnogach zatoki drzew namorzynowych. Z biegiem czasu schodzą z jachtów rzadziej i rzadziej. Mangrowiec stopniowo się rozrasta, z każdym rokiem coraz bardziej pochłaniając jacht. Wyrwać się jest niezwykle ciężko. Nieraz jachty są porzucane, a ich kapitanowie nie wracają już nigdy. Pozostawiają swoje ukochane kiedyś jednostki na łaskę drzew. A czasami… Kilka lat temu Internet obiegło zdjęcie martwego żeglarza, zasuszonego na swym jachcie gdzieś na dalekich wyspach Pacyfiku. Myślę, że podobny przypadek może zdarzyć się tutaj i raczej nikogo to nie zdziwi.

Dla mnie to jednak już na zawsze zostanie polska zatoka. Gdy przybyłem tu po raz pierwszy obawiałem się o komunikacja z Francuzami, którzy jak wiadomo nie przepadają za używaniem angielskiego. Zdziwiłem się, gdy przez większość czasu posługiwałem się polskim. Le Marin jest taką naszą bazą do eksploracji Karaibów. Przede wszystkim Martynika jest częścią Unii Europejskiej, więc możemy bez problemów tam pracować. Dlatego wielu Polaków zatrzymuje się tam w celu podreperowania budżetu przed dalszą żeglugą. Pracują jako fachowcy w lokalnych firmach. Kilkoro ma swoje i związało się z miejscową zatoką na dłużej. Podczas sezonu przebywa tu też mnóstwo polskich jachtów czarterowych. Od małych jednokadłubowców, po luksusowe katamarany. Większość żegluje po najpopularniejszej trasie na Karaibach. Wiodącej z Martyniki na Grenadę. To sprawia, że w Le Marin zawsze jest spora grupka Polaków. Wiadomo, przypływają oni, by po chwili odpłynąć. Jednak podczas sezonu nie ma opcji, żeby nie spotkać tam rodaków. W ciągu ostatnich dwóch lat docierałem tam sześciokrotnie i w sumie spędziłem na Martynice niemal trzy miesiące. Poznałem przy okazji fantastycznych ludzi, a atmosfera podczas spotkań tej żeglarskiej braci jest niezwykła. Z resztą posłuchajcie…

Był ciepły, grudniowy wieczór. Następnego dnia kilka łódek miało odpływać z wyspy i mogło już nie być okazji do spotkania się w większym gronie. Początkowo planem była organizacja ogniska na miejskiej plaży. Przez kilkadziesiąt minut pływałem motorówką od jachtu do jachtu, tak żeby wszyscy dowiedzieli się o nadchodzącej imprezce. Zebraliśmy na dwunastometrowym katamaranie, stojącym przy pobliskiej rzeczonej plaży. Ostatecznie z ogniska nic nie wyszło ze względów logistycznych. Część znajomych widziała kilka problemów, których ja za takowe nie uważałem. W każdym razie już niemal dwadzieścia osób się zebrało i w miarę konsumpcji kolejnych drinków robiło się coraz weselej.

Po niecałej godzinie dotarł do nas spóźniony Paweł. Po przywitaniu się ze wszystkimi uznał, że zwyczajna posiadówa nie przystoi ostatniemu spotkaniu w takim gronie.

“Próbowaliście już najlepszych żeberek na Martynice?”

Padło kilka “nie”, reszta pokręciła przecząco głowami.

“W takim razie musimy się wybrać! Znam świetne miejsce” – a gdy mówi to Paweł, dobrze jest po prostu podążać. Gość spędził na Karaibach połowę swojego życia i jest takim białym lokalsem na Małych Antylach.

Kapitan owego jachtu nie czekał na naszą decyzję. Wstał. Odpalił silniki. Kotwica poszła w górę, a my płynęliśmy, manewrując między rafami do pobliskiego miasteczka Ste-Anne. To tam właśnie mieściła się knajpa słynąca z żeberek.

Na miejscu nie było żadnej restauracji. Był za to… dworzec autobusowy. Patrzyliśmy po sobie z niepewnością. Przed nami stał wielki, szary dworzec. Martwiliśmy się zupełnie niepotrzebnie, jak się wkrótce okazało. Gdy właściciel rzekomego lokalu nas zobaczył, szybko przywitał się z pomysłodawcą wycieczki. Po chwili z budynku wyszli kreole, niosąc dla nas kilka stołów. Zostały one połączone, tak aby wszyscy mogli usiąść razem.

FB_IMG_1491616399809

Przyszedł czas, żeby poznać naszego szefa kuchni. Za rogiem budynku palił się sporych rozmiarów grill. Zanim siedział murzyn. Baaaardzo gruby murzyn. Siedział i grillował żeberka. Ogrodowe krzesło trzeszczało złowieszczo pod jego ciężarem. Jego brzuch wylewał się poza oparcia, co potęgowało wrażenie jedności między kucharzem, a krzesłem. Nic sobie z tego nie robiąc szef siedział i obracał żeberka. Baaaardzo dobre żeberka.

Wszyscy najedli się bardziej niż powinni. Jedzenie było absolutnie genialne. Zupełnie przestałem się dziwić rozmiarom kucharza. Nikt nie mógłby się oprzeć tym żeberką, a że biedny, wystawiony jest na nieustającą pokusę…

Dla fanów lokalnego jedzenia jest to miejsce godne polecenia. Gdy już każdy był w stanie wstać, odkryliśmy brak jednej osoby. Zniknął tata jednego z żeglarzy, pan w sile wieku. Zaczęliśmy rozglądać się za naszą zgubą. Po chwili się odnalazł. Jak gdyby nigdy nic grał sobie na bębnach razem  z kreolskim zespołem w barze po drugiej stronie parkingu. My szybko dołączyliśmy do tej miejscowej imprezy.

FB_IMG_1491616428761

Kilka tygodni później znów byliśmy na żeberkach.Tym razem w trzy jachty i jeszcze większa ekipa. Niby znajdujesz się na drugim końcu świata, ale takie osoby sprawiają, że dalej czujesz się jak w domu. I jest jakoś tak weselej niż w Polsce. Ludzie są uśmiechnięci, cieszą się życiem. Nie oznacza to braku problemów. Jednak podejście do nich jest zdecydowanie zdrowsze. To właśnie dlatego tak lubię tu wracać.
Marek Kramarczyk{:}{:en}Small and average town located in south of Martinique. There is nothing here what can lure here a common turist. Le Marin is classic boring place where not much happens. One thing different from many similar places in the world is marina. Huge marina. Able to berth 200 yachts. There is no second like that in this part of Caribbean. Next 200 stays on anchor in narrow bay with many small side bays covered with mangroves.

IMG_2179

Yes, Le Marin is classic sailors town, where everything is connected with sailing. We can find here big shipyard, many sailing shops, workshops, services, few sailmakers and port taverns. Landscape is very helpful . The bay is covered from wind and waves. It is enough to call it Hurricane Hole. But when real hell comes, it won’t help so much.

Marina awakes early in the morning. Everyone wants to take about all business before the temperature will be too high. When the heat is unbearable , all who can go to one of bars for bottle of local beer or glass of rum. Almost each with computer or tablet in hand. Sometimes you must contact with civilized world, which from here seems to be so far away. Marina sounds surround with noise of wind turbines, line hitting the masts or ensigns flapping with trade wind gusts. In the afternoon life slows down. Heat still disturbs and people wait for sunset. Taverns are full again. However apart from Friday and Saturday it takes rather short time.

IMG_6051

Many sailors stays here until last days. Tired of lifed lone wolves anchor in tiny mangrove bays. With running time they leave the boats less and less. Mangrove centimeter by centimeter overgrow vessels. To leave this place is not so easy. Yachts are left behind and their caps never return. Sometimes… Few years before photo of dead and dry body of sailors somewhere in far Pacific islands was in Internet. I think the same could happen here and nobody would be much surprised.

IMG_6740

But for me it always will be Polish bay. When I arrived here first time I was afraid about problems with French language. I was surprised because most of time I was using Polish. Le Marin is kind of base for exploring Caribbean for Polish people. First of all Martinique is part of European Union, so we can easily work there without problems. That is why many Poles stay there to repair budget before futher sailing. They works as technicians in local companies. Few of them has own business. During sailing season also there is many Polish charter boats. From small monohulls to luxury catamarans. Most of them sails on famous route from Martinique to Grenada. Because of that there is always a big group of us in Le Marin. Of course they come and leave, but during season is impossible to not meet any Polish. For last two years I have been arriving there six times and I spent almost three months on island. I have met amazing people and atmosphere on gathering of this sailing brotherhood is just incredible. Listen…

 

It was warm December evening. Next they few boats planned to leave the island and it was last chance to meet in so big number. Firstly idea was to make fire on public beach. For 30 minutes I was driving dinghy from boat to boat with info about party. We gathered on 12 meters catamaran anchored next to the beach. Eventually fire idea was skipped because of some logistic problems. Some of friends found problems where I didn’t see any of it. However almost twenty people came and with each drink it was funnier and funnier.

 

After an hour Pawel appeared. He was late, but just after arrival he decided that just drinking is not enough to celebrate this meeting.

 

“Have you arleady tried the best ribs on Martinique?”

 

All shake heads in saying no.

 

“In that case we must go! I know the place” – and if says it Pawel, the best choice is just to follow. This guy spent on Caribbean half of his life and he is kind of white locals on Lesser Antilles.

 

Captain of that boat didn’t wait for our decision. He stood. Turned on engines. Anchored was pulled up and we sailed maneuvering between reefs to nearby town Ste-Anne. It was the place with famous ribs.

 

When we reached our destination it wasn’t any restaurant there. It was… bus station. We were looking at each other with doubts. In front of us was big, grey bus station. We were worried completely without a reason. Soon owner of place ordered to bring us a tables. From the building went few Creoles carrying things from us. They connected them and  built big table able to sit all of us.

FB_IMG_1491616399809

We had opportunity to meet the chef. Behind the corner was quite big grill. Next to it sat huge Creole. Very faaaat Creole. He sat and grilled ribs. The chair was cracking with his weight. His belly flooded over it, seemed to man and chair was were one. Without paying attention to this, he was sitting and making ribs. Very goooood ribs.

 

When everyone was full after delicious food I stopped wondering why the chef is so big. No one could resist to such amazing ribs and he was tempted whole time…

 

For fans of local cuisine this place is recommended. When each of us was able to stand, we noticed that someone was missing. Father of one of the sailors disappear, the old man. We started to look for our lost guy. We found him after while. He was playing on drum with local Creole band in bar on the other side of the park lot. Of course we joined that party.

FB_IMG_1491616428761

 

Few weeks later again we went to the ribs. This time in three yachts and bigger group. You are on the other world’s end but such amazing people make that you feel like in home. And there is somehow happier than in Poland. They are smiling more often. Just enjoy the life. That doesn’t mean lack of problems, but way of dealing with them is much more different.

 

Marek Kramarczyk{:}