Cabo Verde – Zapomniane wyspy

{:pl}

Piwo, będące kapitańską nagrodą dla tego, kto pierwszy zobaczy ląd, wygrał sam kapitan. Nocą, równo po sześciu dniach od opuszczenia Las Palmas, jego oczom ukazały się jaśniejące w oddali światła Cabo Verde. Nad ranem wpłynęliśmy między Wyspy Zielonego Przylądka, dawną portugalską kolonię, mającą czasy świetności już dawno za sobą. Naszym celem była wyspa Sao Vicente, a raczej tamtejsza marina w Mindelo. Jedyny na tym archipelagu port jachtowy z prawdziwego zdarzenia. Bliżej prawdy powinienem napisać, że jest to jedyny port, który chociaż trochę stara się być cywilizowaną mariną. Po drodze mijaliśmy stare i zdezelowane, niewielkie tankowce stojące na kotwicy w pobliżu osady, dodawały temu miejscu niezwykłego klimatu. Zadokowaliśmy na godzinę przed świtem.

nocne dokowanie

Marina Mindelo przed świtem

IMG_1786

Miasteczko jest pełne kolonialnej zabudowy

Nie zdążyliśmy nawet otworzyć butelki whisky dla uczczenia szczęśliwego osiągnięcia pierwszego celu tego rejsu, a już musieliśmy wysłać misję ratunkową. Jeden z odbijaczy odwiązał się i odpływał właśnie w siną dal, znikając po chwili w zupełnych ciemnościach zatoki. Szybko zwodowaliśmy kajak, a ja i Jarek zostaliśmy oddelegowani do ratowania owego niesfornego odbijacza. Mknęliśmy jak strzała, pchani bardziej siłą silnego wiatru aniżeli pracą naszych wioseł. Mijaliśmy kolejne, stojące na kotwicy jachty i po chwili zobaczyliśmy uciekiniera. Dopadliśmy go dosyć szybko. Teraz trzeba było wrócić, to akurat już nie było takie łatwe. Zmagając się z  falami i wiatrem, po zdecydowanie dłuższej chwili byliśmy na pokładzie Blue Ocean.

Tuż po załatwieniu portowych formalności i stosunkowo wczesnym śniadaniu, Janusz przykładający ogromną uwagę do dbania o morale załogi swojego jachtu, zaprosił wszystkich na wycieczkę po wyspie. Naszym transportem okazał się być pickup z zabudowaną ławeczkami paką. Wiesz, że już nie jesteś w Europie gdy do taksówki się wskakuje, a nie wchodzi.

GOPR0275.MP4_snapshot_00.17_[2015.12.04_13.10.55]

Zarówno miejscowi i zwiedzający po wyspie poruszają się w taki sposób

Jechaliśmy wąskimi uliczkami Mindelo, mijając kolonialną zabudowę. Im dalej od mariny budynki wyglądały coraz gorzej. Na obrzeżach miasteczka zobaczyłem już tylko mające się wkrótce rozsypać w proch rudery. Były wybudowane znacznie później od urokliwego nabrzeża, w czasach gdy Portugalia zapomniała o tym archipelagu. Zniszczony asfalt zamienił się w bruk. Od tej pory nieustannie towarzyszył nam turkot. Wszystkie drogi na wyspie, poza niewielkim odcinkiem na pewnym urokliwym wybrzeżu były brukowane. Trzeba jednak przyznać, że nie byle jak. Białe linie, oddzielające pasy drogi nie były namalowane. Były ułożone z białych kamieni. Samochód wyjechał z miasta, wokół pojawiły się jałowe wzgórza i ciemne, wulkaniczne skały. Nad wszystkim dominowała niemal czarna góra. Wyglądało to podobnie jak na Lanzarote, jednak bardziej dziko i dziewiczo. Wspinając się w górę, mijaliśmy inne pickupy, rozwożące miejscowych po wyspie. W pewnym momencie na horyzoncie pojawiła się blokada drogi. Porozrzucane kamienie, gruz i kilka wyschniętych krzaków. Pośród nich żołnierze pokazujący, że przejazdu nie ma. Miejscowa armia urządziła sobie ćwiczenia w środku wyspy. Robiło to dosyć komiczne wrażenie, zupełnie jak za szczenięcych lat, gdy razem z kolegami biegaliśmy po lasach, bawiąc się w komandosów. Byłem zaskoczony, że nie mieli broni z patyków. Kierowca skręcił i jechaliśmy teraz w dół, mijając pojedyncze, ledwie stojące domostwa, zmierzaliśmy w stronę kanionu. Droga wiła się pośród skał, prowadząc wprost do błękitnego Atlantyku.

Wylądowaliśmy na ogromnej plaży. Zatrzymaliśmy się nieopodal dwóch drewnianych chat, tuż obok nich stał niebieski motocykl. W pierwszej mieścił się mały bar, w  drugiej budynek szkoły kite surfingu,  za nimi już tylko wielka przestrzeń. Spienione fale wdzierały się w złoty piasek, tworząc przy tym uspokajający szum. W oddali dwa dzikie psy ściągały się pośród porośniętych glonami, niewielkich kamieni. Kilkoro kitesurferów walczyło z wodą i wiatrem wykonując fantastyczne ewolucje, a kolorowe latawce unosiły ich kilka metrów nad białą pianę fal.

cabo verde

Gdy trafi się w takie miejsce, choćby na chwilę, to podróż była warta zachodu.

zielone kamienie

Fale wdzierające się w głąb plaży

motor

Niebieski motocykl

Ponownie wskoczyliśmy na pakę samochodu. Tym razem droga wiodła wzdłuż wybrzeża. Od czasu do czasu na licznych plażach stały chaty rybackie, otoczone różnobarwnymi łodziami. Zatrzymaliśmy się na lunch, w tej scenerii owoce morza smakowały jak nigdy. Dalsza jazda powiodła nas przez nowo wybudowaną, lawirującą pomiędzy oceanem i górami drogę. Majestatyczny widok pojawiał się za dosłownie, każdym zakrętem. Plaże przeplatały się z klifami, a wokół nie było żywego ducha. U jej kresu stała rybacka osada. Kilka domów, kilka łodzi, kilka wygłodniałych psów i jeden wałęsający się kot. Nic więcej. Jechaliśmy dalej.

chatka rybacka

Jedna z przybrzeżnych rybackich chat

IMG_5414

Wybrzeże Sao Vicente

IMG_5426

Rybacka osada

kot

… i wałęsający się kot.

Wracaliśmy do Mindelo z zamiarem zorganizowania imprezy w portowym miasteczku. Droga ciągnęła w dolinie, środkiem wyspy. Z pośród licznie występujących wokół, pomp wiatrakowych rodem z australijskiego rancho, niektóre działały. W ich sąsiedztwie mogliśmy zobaczyć plantacje owoców i ogrody z prawdziwego zdarzenia. Były to jedyne zielone akcenty na Sao Vicente.

IMG_5432

Działająca pompa

Jak to z planami bywa, nie wychodzą szczególnie często, oto co zastaliśmy w marinie. Pontonowy pomost, do którego przycumowane były jachty, falował na wodzie niczym wstążka na wietrze. Żeglarze na łodziach krzątali się w pogotowiu. Niektórzy, uprzednio nie dokując z należytą dbałością o cumy, ratowali teraz swoje łodzie w pośpiechu. Marinero biegali po pomoście, krzycząc, że to jest nadzwyczajne zjawisko i nie bardzo wiedzieli co się dzieje. Statek zdecydowanie zbyt duży, żeby stać w tej marinie szarpał keją niemiłosiernie. Część pomostu chciała odpłynąć do zatoki. Na naszym katamaranie wyrwało jedną z knag, a liny trzeszczały niepokojąco. Wreszcie ktoś polecił wyrzucić z portu duży, stalowy statek. Sytuacja się nieco uspokoiła. Mimo wszystko, zapomnieliśmy o naszych planach, a resztę wieczoru spędziliśmy na jachcie razem z inną polską załogą, wychodząc na miasto dwójkami, żeby skorzystać z Internetu.

Życie na Cabo Verde płynie w leniwym tempie. Nikt za bardzo nie przejmuje się rozlatującymi się budynkami. Sao Vicente utrzymuje się głównie z rybołówstwa i potęgą gospodarczą nigdy nie będzie. Jak wiele z postkolonialnych wysp, gdy Portugalczycy zaprzestali swojego protektoratu, archipelag zaczął popadać w lekką ruinę. Ludność miejscowa to potomkowie niegdysiejszych niewolników. Zupełnie nie mogą w pełni wykorzystać walorów turystycznych tego miejsca. Niezbyt tanie bilety lotnicze sprawiają, że większość odwiedzających to żeglarze. Mindelo ma swoją ciemną stronę. Tabliczka w marinie głosi: „ Nie zostawiaj miejscowych pracowników samych na łodzi! Kradną.” Miasteczko po zmroku nie wygląda już tak kolorowo. Podejrzliwe spojrzenia rzucane jedynemu białemu w zasięgu wzroku, powodowały dreszcze. Na pobliskim placu zabaw młode dziewczyny, niezwykle nachalnie oferowały swoje wdzięki. Chciały dwa euro, hamburgera tudzież kebab.

sieci

Rybołówstwo jest podstawą lokalnej gospodarki

nastazja i murzyni

Miejscowi widząc białego człowieka próbują sprzedać wszystko. Czapki, koszulki czy zwykłe muszelki.

Jeden, niezwykle intensywny dzień na Wyspach Zielonego przylądka, pozwolił zobaczyć kawałek świata innego, niż ten do którego przywykliśmy. Miejsce zapomniane, bez tłumów turystów, wciąż można tutaj znaleźć kilkukilometrową plaże wyłącznie dla siebie. Przesiąknięte na wskroś kolonialną atmosferą. Był to też już ostatni przystanek w drodze na Karaiby.

Marek Kramarczyk

{:}{:en}

Beer, captain’s  reward for crew member who first would saw the land won… captain himself. In the night, after six days from Las Palmas leaving, brightening at horizon lights of Cabo Verde showed to his eyes. At dawn we sailed between Cape Verde Islands, former Portuguese colony which glory passed long time ago. Sao Vicente island was our goal, to be more precise marina in Mindelo. The only yacht port on this archipelago. To be closer to truth, I should say the only port which tries to be a civilized marina. Under way we saw old and destroyed tankers stayed on anchor near the town, they added extraordinary climate to this place. We docked an hour before dawn.

nocne dokowanie

Marina Mindela before dawn

IMG_1786

Town is full of colonially architecture.

We even didn’t managed open a bottle of whisky to celebrate first goal of this cruise, because we must have sent a rescue mission. One of our fenders untied and went into a bay, disappeared after while in darkness. We launched kayak very quickly, me and Jarek  were delegated to rescue this unruly fender. We kayaking fast like an arrow, pushed more by strong wind force than work of our oars. We passed few anchored yachts and soon saw deserter. We caught it quite quickly, then we must have got back and that wasn’t so easy. Fighting with waves and wind, after definitely longer time we were back Blue Ocean onboard.

Just after we did all port formalities and relatively early breakfast, Janusz who take good care about morale of his yacht crew, invite all of us for tour around the island. Pickup with bench in back was our transport. You know that you left Europe when you must jump to taxi instead going in.

GOPR0275.MP4_snapshot_00.17_[2015.12.04_13.10.55]

Both locals and visitors are moving through island in that way.

We were riding through narrow streets of Mindelo, passing colonially architecture. Farer from the center buildings were in worse and worse condition. At the suburbs I saw only hovels, they would be only dust for soon. They were built much more later after Portugal forgot about thus archipelago. Destroyed asphalt changed into pavement. Since that whole time we heard rattle. All roads on island, despite one short part on charming coast were cobbled. I must admit that good job was done with them. White lines separating road ways weren’t painted. They were made from white stones, precisely put into routes. Car left city, around us appeared barren hills and dark, volcanic rocks. Above it stand huge, almost black mountain. It was similar to Lanzarote, but more wild and virgin. Climbing up, we were overtaking other pickups with locals travels around island. Suddenly we saw road blockade, shattered stones, rubble and few dry bushes. Among them soldiers, showed us that there is no passage here. Local army was making practice exercise in middle of island. It was quite hilarious, exactly the same like in child age, when we run in forest playing special forces. I was surprised that they didn’t have wooden weapons and guns. Driver turned and we were going down, into a canyon, passing singular, barely standing houses. Road like a snake danced around rocks, led directly into blue Atlantic.

We landed on enormous beach. We stopped close to two wooden cottages, just next stand blue motorbike. In first one was small bar and in second one kite surfing school building, behind them  only empty space. Foamed waves went into golden sand and made calming hum. Far away two wild dogs were chasing among small stone covered with green algae. Few kite surfers was fighting with water and wind, making fantastic evolutions and their colorful wings hovered them above white foam from waves.

cabo verde

When you are in such place, even for a short moment, you know that travel hardships were totally worth it.

zielone kamienie

Waves came into land

motor

Blue motobike

We jumped on pickup again. This time way led along coast. From time to time on numerous beaches were fishermen hoses, surrounded by boats in whole variety of colors. We stayed to eat lunch, in that scenery seafood was tasty like never before. Next we rode through quite new road, curving between ocean and mountains. Majestic view appeared behind literally each curve. Beaches was mixed with cliffs and there weren’t any people around. In the end of road stand fishermen’s village. Few houses, few boats, few hunger dogs and one wandering cat. Nothing more. We rode again.

chatka rybacka

One of coastal fisherman’s cottages

IMG_5414

Sao Vicente coast

IMG_5426

Fishermen’s village

kot

And wandering cat

We were returning to Mindelo with purpose of organizing party in port town. Way was through valley in middle of island. From many wind pump around, just like from Australian rancho, only few worked. In their neighborhood we could see fruits plantations and gardens. They were only green things on Sao Vicente.

IMG_5432

Working pump

With plans is often that they don’t work very well. Pontoon in marina with moored yachts was swelling like ribbon on the wind. Sailors on boats stand by prepared. Some of them, didn’t docked good enough and were rescuing vessels in rush. Marineros were running on pontoon, crying that it I extraordinary circumstances and they didn’t know what was happening. Ship definitely too big to stay in this marina jerked all yachts. Part of pontoon wanted to separate and depart into bay. Our catamaran lost one of cleats  and lines were noising anxious. At last someone made huge steel  vessel to leave from harbor. Situation became little more calm. However we forgot about our plans and rest of evening we spent on yacht together with other Polish crew, visiting city in pairs to use internet.

Life on Cabo Verde flows lazily. No one care much about ruined buildings. Sao Vicente economy incomes are mostly from fishing and they won’t become economic power. Like many from postcolonial islands, when Portuguese stopped their supremacy, archipelago stopped developing itself. Locals are descendants former slaves, they completely can’t touristic advantages of this place. Not cheap plane tickets cause that most visitors are sailors. Mindelo also has its dark side. Table in marina says: “Don’t leave local workers alone on boat! They steal.” Town after twilight seems not be so colorful. Suspicious   eyes on the only white around caused shivers. On nearby playground young girls very insolently offered their charms. They wanted to Euros, hamburger or kebab.

sieci

Fishing is foundations of local economy.

nastazja i murzyni

Locals seeing white man try to sell everything, hats, t-shirts or common shells.

One very intensive day on Cape Verde Islands let me see piece of different world from this I am used to. Forgotten place, without crowds of tourists, still it is possible to find here few kilometers beach only for yourself. Soaked with colonially atmosphere. It was also last stop on my way to Caribbean.

Marek Kramarczyk

{:}