Szalona jazda w słońcu Anamur

Środek dwupasmowej drogi przez centrum miasta, stojąc pomiędzy przejeżdżającymi z dużą prędkością samochodami modliłem się, żeby żaden mnie nie zahaczył. W uszach brzmiał ryk silników zagłuszany przez dźwięk klaksonów, których tureccy kierowcy używają do oznajmienia, że zaraz zrobią… W sumie cokolwiek. Trąbią zmieniając pas, wyprzedzają, stojąc w korku, w kolejce do McDrive, generalnie trąbią wszędzie i często. I tak kilkadziesiąt sekund zanim nie pojawiła się luka, którą mogłem wykorzystać. Chciałem iść na pasy, takowych niestety nie było. Zresztą nie są zbyt pomocne, jeśli nie mają sygnalizacji świetlnej, są po prostu olewane. Musiałem się szybko przyzwyczaić, że w Turcji to zawsze samochód ma pierwszeństwo. Nikt pieszych nie przepuszcza, nikt nie zwalnia, nawet jeśli stoisz na środku drogi. W mieście niby są limity, ale kierowcy i tak jadą z  prędkością 100km/h. Jedyne do czego się ograniczają to nieustanne naciskanie na klakson. Obwodnicę ma tylko Ankara, reszta dróg po prostu przebiega środkiem miasta i trzeba się przyzwyczaić. Po kilku dniach mi się udało, a za największy życiowy sukces uważam przedostanie się na drugą stronę czteropasmowej autostrady biegnącej przez środek Stambułu. Zważając na styl i  kulturę jazdy miejscowych, nie mogę się przestać dziwić, że przez ponad trzy tygodnie jazdy autostopem widziałem tylko jeden, jedyny wypadek. Było kilka pamiętnych przejażdżek, ale na wspomnienie zasługuje przede wszystkim jedna.

Niektórzy się nie śpieszą
Niektórzy się nie śpieszą

Alanya, późne popołudnie. Gorące powietrze skutecznie sprawiało, że każda minuta zamiast sześćdziesięciu sekund, miała ich trzysta. Upał potęgowany przez rozgrzany asfalt powodował, że walka z pokusą pójścia, na odległą o pół kilometra, plażę stawała się coraz trudniejsza. Mieliśmy jeszcze dzisiaj dojechać do Mamure Kalesi, średniowiecznego zamku położonego nad samym brzegiem morza. Czasu było niezbyt dużo, ponieważ autostrada byłe dopiero we wczesnej fazie budowy i czekała na nas kręta oraz wąska droga ciągnąca się wzdłuż wybrzeża. Po trzydziestu minutach, które wydawały się godzinami, zatrzymał się stary i nieco zdezelowany ciemny sedan. Jeden z dwóch Turków w środku kiwał na nas palcami przez opuszczoną przednią szybę. Załadowaliśmy bagaże i po chwili ruszyliśmy z piskiem opon. Nasi kierowcy nie znali ani słowa po angielsku, więc większość drogi jeśli rozmawialiśmy to tylko między sobą. Do tego wyglądali mocno podejrzanie. Trochę brudni, ich skóra pokryta była tatuażami. U jednego z nich zauważyłem brak wszystkich paznokci prawej dłoni, zamiast nich wystawały z palców tylko szwy. Oboje popijali sobie po klasycznym tureckim Efezie. Nie zwykliśmy jednak rezygnować z podwózki. Po chwili opuściliśmy miasto i wjechaliśmy na najpiękniejszą drogę jaką w życiu widziałem.

Magiczna droga
Magiczna droga

Pędziliśmy na złamanie karku. Znaki przy drodze pokazywały ograniczenie prędkości do 30km/h, spojrzałem na licznik a tam ponad sto. Ostre hamowanie przed zakrętem i znów gaz do dechy. Po prawej strome zbocze prowadzące do niebieskiego morza, przed nami dolina z ogromną plantacją bananów, a za nią urwisko, na którym widać dalszą część drogi. To wszystko oświetlone w czerwonych promieniach zachodzącego słońca Anamur. W podziwianiu widoków zdecydowanie przeszkadzały myśli, że każde następne wyprzedzanie może być tym ostatnim. I tak jechaliśmy od plantacji do plantacji, pokonując kolejne serpentyny, co jakiś czas widzieliśmy przekute tunelami góry, co stanowiło podwaliny pod przyszłą autostradę. Gdy kierowcom kończyło się trzecie piwo, zadzwonił telefon, po chwili normalnej rozmowy, zaczęła się głośna kłótnia. Nic nie rozumieliśmy, więc pojawił się u nas niepokój. Piękne krajobrazy przestały się liczyć. Jechaliśmy jak szaleni, z piwkującymi kierowcami, z których jeden krzyczał jakby chciał kogoś zabić. Swoją drogą podziwiam gościa, za to że potrafił krzyczeć nieustannie przez dobre piętnaście minut. Po skończeniu rozmowy otworzyli sobie po butelce numer cztery i wtedy już chcieliśmy wysiąść. Warto dodać, ze w Turcji po dwóch piwach jeszcze bez problemu można jeździć, przynajmniej tak mówią wszyscy kierowcy. Baliśmy się trochę, że nas nie wypuszczą. Jednak jak to przeważnie w żuciu bywa, strach ma wielkie oczy. Po krótkim czasie wjechaliśmy do Anamur, kierowcy podwieźli nas pod sam zamek i obdarowali nas kiścią bananów prosto z drzewa na pożegnanie. Te banany to była jedna z najlepszych rzeczy jaką w życiu jadłem. Były małe i pełne plam. Ale smak… po prostu magia. Nie da się w ogóle tego porównać z tym co kupujemy w sklepach. Plantacje znajdują się tylko w niewielkiej odległości od tego miasta, przez panujący tam wyjątkowy mikroklimat. Dzięki temu nie trzeba wybierać się do Ameryki Południowej, żeby posmakować tych rarytasów.

Banany z Anamur
Banany z Anamur
Mamure Kalesi
Mamure Kalesi

Wizyta w zamku zaowocowała wspaniałym noclegiem nad brzegiem morza. Miejscowy kustosz powiedział nam, że w zeszłym roku przenocował parę autostopowiczów z Polski w zamkowej wieży. Niestety, nam to się nie udało z uwagi na remont. Poza krótką wizytą na dziedzińcu pozostało nam podziwianie niegdyś potężnych murów z zewnątrz.

Jeden z najlepszych noclegów
Jeden z najlepszych noclegów

Turcy są szaleni nie tylko za kółkiem. Powiedziałbym, że to ich cecha narodowa. Nieprzewidywalność i ekspresyjność są na porządku dziennym. Trzeba się także przyzwyczaić do krzyków podczas każdej rozmowy. To wszystko sprawia, że jest zupełnie inaczej niż w dobrze znanej i właściwie monokulturowej Europie, może nie licząc jej wschodniej części. Podczas opuszczania granic tego fantastycznego kraju miałem wrażenie, jakbym wracał z nieco innego świata.

Marek Kramarczyk