Sint Maarten/Saint Martin – Przyjazna Wyspa

Po  ostatnich przygodach z urzędem imigracyjnym na BVI trafiłem na… No właśnie, Sint Maarten czy Saint Martin? Wyspa posiada dwie  nazwy, ponieważ jest podzielona między dwa kraje; Holandię i Francję. Część francuska to prostu kawałek Europy na Karaibach, oczywiście w kreolskim stylu, mniej więcej jak pozostałe zamorskie terytoria tego kraju. Natomiast na stronie holenderskiej widzimy mnóstwo wpływów amerykańskich. Przez niewesołe wydarzenia zostałem zmuszony do wykorzystania samolotu, niezbyt taniego środka transportu. Doszło do tego, że przyleciałem na miejsce z pięćdziesięcioma dolarami w kieszeni! W porównaniu z kosztami życia dawało to, prawie nic. Nie znałem tam nikogo, więc czekał mnie najpoważniejszy dotychczas test.

IMG_3702
Wraki statków można spotkać na całych Karaibach
IMG_3655
Tak samo jak porzucone jachty

Cel był tylko jeden – znaleźć pracę. W sumie,  gdybym przyjął oferowaną przez wszystkich wokoło pomoc, to miałbym więcej pieniędzy niż ze sobą zabrałem… Ludzi jednak ciągnie do pomagania innym, ciężko w takim dobrym świecie zginąć. Tak czy inaczej to nie w moim stylu, a to oznaczało szukanie roboty. Pytając kiedyś Andrzeja o jego doświadczenia z Sint Maarten, wspomniał mi o Magdzie , barmance z najpopularniejszej żeglarskiej knajpy w okolicy. Nie mając innego punktu zaczepienia udałem się do Soggy Dollar Bar, gdzie poznałem Polkę i dzięki jej uprzejmości niemal zamieszkałem w barze przez następny tydzień.

IMG_3659
Laguna jest pełna różnego rodzaju jednostek pływających.

Wbrew pozorom było to najlepsze miejsce na szukanie źródła zarobków. To zabawne, że w czasach pisania wymyślnych życiorysów, listów motywacyjnych i licznych agencji rekrutacyjnych w żeglarstwie wciąż można znaleźć pracę przez siedzenie w tawernie, zupełnie jak za dawnych czasów. Oczywiście do tych ostatnich dostarczyłem swoje CV, trzeba chwytać się wszystkich sposobów. Siedząc przez te kilka dni w barze i popijając piwko za dolara, obserwowałem powolny ale stały spadek moich funduszy. Twierdzenie miejscowych, że to najgorszy sezon jachtowyi od lat, także nie podnosiło na duchu. Gdy nie miałem już prawie nic, uratowała mnie turecka gościnność, ta sama której zaznałem podczas mojej pierwszej autostopowej podróży. Cem zaprosił mnie do siebie na nocleg i kolację. Następnego dnia jechał do jednej z marin pomóc znajomemu w naprawie jachtu. W ramach wdzięczności wybrałem się jako jego asystent. Trafiła się też łódka do wymycia po świeżo zakończonym czarterze i zarobiłem pierwsze pieniądze.

IMG_3656
Marina Anse Marcel

 

Co więcej, pewny Anglik widząc moją pracę powiedział, żebym wpadł w przyszłym tygodniu, ponieważ może znajdzie coś dla mnie. Dorabiałem tam przez trzy tygodnie, co pozwoliło mi spokojnie patrzeć w przyszłość i powoli zacząć myśleć o nadchodzącym sezonie powrotów z Karaibów do Europy. Poszukiwanie jachtu w drugą stronę jest nieporównywalnie łatwiejsze. Mniejsza ilość jachtostopowiczów, trudne warunki pogodowe i znajomości nabyte podczas przez ostatnie pół roku zapewniły kilka możliwości pokonania Atlantyku. Pisząc ten tekst jestem już po raz czwarty w ciągu tej wyprawy na Martynice, gdzie czekam na Blue Ocean, polski katamaran będący zdecydowanie moim domem przez ostatnie miesiące. Wypływamy w kwietniu, kierując się na włoską Sardynię.

Wypada jeszcze napisać coś o miejscu, gdzie sobie odbudowałem budżet. Niestety będzie to tylko mój opis atmosfery wyspy. Nie zwiedzałem jej wcale, choć ze względu na rozmiar można by zobaczyć dosłownie wszystko w cztery dni. Muszę przyznać, że po pięciu miesiącach dopadł mnie kryzys podróżniczy i marzec przebiegał pod znakiem pracy i stagnacji. Ten mały kawałek lądu na morzu karaibskim jest nazywany Przyjazną Wyspą. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Byłem w wielu miejscach na Karaibach, które zdecydowanie bardziej zasługują na takie miano. Może przez nieco mniej restrykcyjne przepisy wjazdowe?

W porównaniu z sąsiednimi państewkami na Sint Maarten rzeczywiście coś się dzieje wieczoreami, a przynajmniej po holenderskiej stronie. Imprezy do rana rzadkością nie są, a podczas marcowych regat osiągnęły swe apogeum. Kurort przyciąga żeglarzy oraz tysiące amerykańskich turystów rządnych zabawy w tropikalnym stylu. Wyspa im to zapewnia. Francuska część jest zdecydowanie spokojniejsza, a już zwłaszcza marina w której pracowałem. Anse Marcel to teraz opustoszały kurort hotelowy połączony z „huraganową dziurą”, miejsca w którym zostawia się jachty podczas sezonu huraganów. Zatoka otoczona górami jest niezwykle cicha i pusta. Otaczające pontony mangrowce i skały są siedliskiem wielu gatunków zwierząt, nie bojących się zgiełku większości ludzkich osad. Każdego popołudnia półtora-metrowe iguany pojawiały się, łapiąc ostatnie promienie słońca przed zachodem. Wszystkie miały swoje ulubione gałęzie i kamienie.

Iguana
Oto król całej mariny
IMG_3734
Karaibskie nic nie robienie to nie tylko domena ludzi

Oprócz jachtów żaglowych stacjonuje tam wiele luksusowych jednostek bogaczy. Miałem okazję pracować kilka dni na jednym z nich i muszę powiedzieć, że takiego przepychu i wrażenia mówiącego „jestem drogi, najdroższy…” nie spotkałem nigdzie indziej. Popularnym miejscem postoju jest kotwicowisko znajdujące się  w lagunie na zachodzie wyspy. Żeby tam wpłynąć trzeba  poczekać na podniesienie jednego z dwóch mostów zwodzonych. Warto jeszcze wspomnieć o kolorze wody na Saint Martin, ma zdecydowanie najpiękniejszy odcień ze wszystkich, które widziałem. Mimo wszystko jedną z największych atrakcji na wyspie jest lotnisko Księżniczki Juliany. Nie dość, że ruch jest ogromny jak na jeden pas startowy, to samoloty lądują niemal na plaży. Wszystko ku uciesze odwiedzających, chcących poczuć się niczym w piekle z kolei. Gdy samoloty startują, stoją oni w bliskiej odległości od dysz wylotowych silników odrzutowych i czekają na uderzającą falę gorąca.

 

IMG_3697
Kolor wody na Saint Martin
IMG_3673
Plaża przy słynnym lotnisku

Kiedyś kolega napisał mi, że jego najlepszym dniem na Saint Martin, był ten ostatni na wyspie. Wtedy dziwiło mnie to, przecież to Karaiby i w ogóle. Jednak po zaledwie miesiącu spędzonym tam z ulgą wsiadałem do samolotu. Tak, samolotu, tym razem z mojego wyboru. Po prostu bardziej opłacało się pracować przez dzień na jachcie stojącym obok łódki Stevena Spielberga niż szukać podwózki nie wiadomo jak długo. Mimo, że poznałem kilka świetnych osób i miałem kilka fajnych momentów, to jak najszybciej chciałem się zameldować na Blue Ocean. Może przez przygody z Urzędem Imigracyjnym, może przez ten lekki kryzys podróżniczy, który na szczęście odszedł w silną dal, albo przez spanie po kątach w ciągu ostatniego miesiąca. Nie mam pojęcia, w każdym razie dobrze być już „u siebie”. Nastał czas przygotowań, kolejna przygoda już pojawiła się na horyzoncie… Następny wpis będzie już po drugiej stronie. Do usłyszenia z Europy!

Marek Kramarczyk