Sardynia i Powrót do domu

Na Gibraltarze spędziliśmy trzy dni. Czas upłynął szybko głównie na tradycyjnej już celebracji szczęśliwego ocalenia. Przepłynąłem Atlantyk po raz drugi. Tym razem zamiast wielkiej ekscytacji niesamowitą przygodą pojawiły się refleksje i przemyślenia. Co dalej? Nie praca na etacie i normalne życie. Tyle wiem na pewno. Dzięki tej wyprawie poznałem mnóstwo ludzi, a wraz z nimi pojawiło się wiele okazji i pomysłów na kolejne wyjazdy. Zobaczymy co przyniesie przyszłość…

Nie był to jednak koniec jachtostopowych wojaży. Katamaran za dwa tygodnie zaczynał czartery na włoskiej Sardynii. Jednak wciąż zajmował wygodne miejsce przy kei w marinie La Linea. Czekał nas jeszcze tydzień na Morzu Śródziemnym. Kapitan wyjeżdżał na zasłużony urlop i jego miejsce zajęła Basia, która ocean pokonała jako pierwszy oficer. Rzadki to widok, gdy młoda dziewczyna dowodzi wielkim molochem. Można powiedzieć, że nawet niespotykany. Jak się potem okazało, zna się na tym lepiej, niż nie jeden facet. Załoga się uszczupliła i nieco zmieniła. Wkrótce w cztery osoby wystartowaliśmy, po drodze tankując jeszcze bardzo tanie paliwo z Gibraltaru.

13313783_10206963453946871_1713419967_o

O rejsie wiele nie da się napisać. Może tyle, że całość przebyliśmy na silnikach bo nie wiało albo co gorsza wiało w dziób. Terminów nie oszukasz, więc dalej trzeba było znosić hałas. Trudno, co zrobić. Przywykliśmy już po przeprawie przez Atlantyk. Trzeba było być czujnym ze względu na spory ruch statków i liczne sieci. Czas umilały wizyty delfinów oraz jednego rekina. Kilka rybek też udało się złapać. Po sześciu dniach czegoś, co trudno nazwać żeglugą przed oczami ukazała się włoska wyspa.

IMG_4748

Opłynęliśmy ją od północy, przeciskając się przez cieśninę oddzielającą Sardynię od Korsyki. Podczas nocnego wejścia do portu wydarzyła się kolejna przygoda. Przy samym nabrzeżu oba silniki jachtu zdecydowały się zrobić nam psikusa i przestały działać w najmniej odpowiednim momencie. Pani kapitan zachowała jednak zimną krew. Mimo, że była zdana na łaskę zatokowych prądów to uchroniła dzioby katamaranu od bliskiego spotkania z betonem. Następnie dryfując dobiliśmy do brzegu.

IMG_4794

Następny tydzień spędziłem pracując w przygotowaniach jachtu do czarterów. Kilka dni ciężkiej roboty i przyszedł czas na myślenie o powrocie. Dostałem propozycje opłacenia lotu przez armatora w zamian za moją pomoc, ale po dziewięciu miesiącach poruszania się stopem chciałem zakończyć tą wyprawę w taki sam sposób. Wymieniłem więc bilet samolotowy na promowy.

Czarter się rozpoczął, a ja postanowiłem wykorzystać weekend na wyspie, żeby coś wreszcie zobaczyć. Pewna miejscowa Włoszka pomogła mi znaleźć zupełnie nie turystyczne miejsce do nacieszenia się Sardynią. Weekend spędziłem w czarującym miasteczku Tanaunella, świetnie oddającego spokój życia na wyspach. Puste uliczki, dwie małe knajpy na krzyż i piękne wybrzeże w pobliżu. Czego można chcieć więcej?

IMG_4806 IMG_4847

Następnie popłynąłem promem do Genuy i tam rozpocząłem autostopową podróż do domu. Przeprawa przez Włochy trwała długo. Okazało się, że ci południowcy niezbyt chętnie zabierają z drogi. Za to na stacjach benzynowych, gdy istnieje możliwość zagadania do kogoś, to nie ma już żadnego problemu. Udało mi się też spełnić marzenie każdego autostopowicza i zaliczyć podwózkę w radiowozie. Łapiąc auta na autostradzie, gdzie jest tego bezwzględny zakaz, zainteresowała się mną policja. Spodziewając się mandatu lekko się denerwowałem. Jakież było moje zdziwienie gdy panowie policjanci zamiast mnie karać zaproponowali podwózkę do najbliższej, dogodnej dla mnie stacji. I to dwa razy.

IMG_4879 IMG_4865

Jeśli mam być szczery to dwa dni na przejechanie kawałka Włoch są słabym wynikiem. Wszystko zmieniło się dnia trzeciego. Chociaż długo się na to nie zapowiadało. Było już grubo po południu, a ja wciąż tkwiłem w słoweńskich górach tuż przy włoskiej granicy. Zagadywałem ludzi na małej stacji benzynowej, z nadzieją, że ktoś podrzuci mnie do autostrady. Gdy po kilku godzinach wreszcie ktoś się zgodził,  ruszyłem dalej bez większych perspektyw na szybki powrót do ojczyzny. Jednak już czekała na mnie miła niespodzianka. Kierowca okazał się właścicielem firmy spedycyjnej i  gdy dowiedział się skąd wracam, to zapytał mnie czynie chciałbym jechać do Czech. Zgodziłem się bez zastanowienia! Słoweniec zadzwonił do siedziby i kazał jednemu z jego kierowców na mnie zaczekać. Gdy po trzydziestu minutach tam dotarliśmy, ciężarówka stała w oczekiwaniu na mnie. W kilka godzin znalazłem się w Czechach skąd już niezwykle łatwo wraca się do Polski. Przekroczyłem granicę, dojechałem do Pszczyny skąd jest tylko o rzut beretem do moich rodzinnych Brzeszcz.

IMG_4927

Po dwustu sześćdziesięciu dwóch dniach podróży pojawiłem się z plecakiem w moim domu. Zmęczony ale szczęśliwy i dumny. Spojrzałem na mapę świata i wtedy dotarło do mnie, co właśnie zrobiłem. A najlepsze w tym wszystkim… Cóż, muszę powiedzieć, że to dopiero początek.

Marek Kramarczyk