Saint Vincent i Polski Dom na Karaibach

Pożegnaliśmy istny raj na Ziemi jakim jest Dominika. Już wtedy wiedziałem, że będzie ciężko podczas tej podróży znaleźć równie urzekające miejsce. Nocą popłynęliśmy na Martynikę, tylko po to aby wymienić załogę. Milena i Bartek wracali do Europy, a na ich miejsce przyleciała Ania, siostra Michała. Następnym przystankiem naszej podróży było Saint Vincent.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Saint Lucie. Była to moja druga  wizyta na tej wyspie, jednak nie mogę za wiele o niej powiedzieć. Większość czasu spędziłem w portowych knajpach pijąc karaibski rum i celebrując pokonanie Atlantyku. Tym razem nie było inaczej. Próba wyjścia na szczyt jednego z Pitonów skończyła się gdy, miejscowi nie chcieli nas wpuścić bez przewodnika, który liczył sobie czterdzieści amerykańskich Dolarów od głowy. Pozostała nam zwykła przechadzka po wyspie, było ładnie, ale niesmak pozostał. Lokalsi są strasznie zepsuci przez bogatych turystów i za niedługo będą wołać po pięć dolców za to, że powiedzieli nam „dzień dobry”. Gdy zbliżaliśmy do każdej z zatok, naprzeciw nam wypływały stare rybackie łodzie, ścigając się ze sobą, kto pierwszy będzie mógł przywiązać naszą cumę do boi i zarobić kasę za „asystę”. Pędzące ku nam na zabicie motorówki niemal wywracały się na wysokich falach. Na kotwicowiskach dzieci podpływały do nas pytając o śmieci, nawet gdy ich już nie posiadaliśmy, bo zostały oddane innym, stały na łódkach trzymając się łodzi i zgrywając obrażonych. To samo przytrafiało się z ludźmi szukającymi roboty.

-Daj mi pracę!

-Niestety, zrobimy to sami.

-Dlaczego nie chcecie mi dać pracy!? Jestem biedny! Nie mam pieniędzy.

IMG_3380
Widok Pitonów w promieniach zachodzącego słońca na wyspie Świętej Łucji
IMG_3386
Częste opady na Karaibach nie tylko sprawiają, że wyspy są zielone.
IMG_3376
„Potrzebujesz pomocy?”

I nie wytłumaczysz im, że to nie twoja łódka i jesteś tu na stopa. Zniechęceni nachalnością miejscowych udaliśmy się na Bequie, małą wysepkę położoną na południe od Saint Vincent. Kolejne miejsce o którym można powiedzieć , ze to jeden z kurortów turystycznych jakich wiele. Może z jednym ciekawym akcentem, w pobliżu znajduję się Wyspa Wielorybników, kawałek skały na którym są budynki łowców i rampa gdzie dostarczali zdobycz.

IMG_3432
Wyspa wielorybników
IMG_3397
Karaibskie zachody słońca niezmiennie wspaniałe

Wreszcie dotarliśmy na Saint Vincent i znów było średnio. Kingstown, stolica wyspy, to miasto pełne tego pięknego karaibskiego chaosu, ale… Wiem, że piszę jakbym cały czas narzekał, jednak właśnie wróciłem z Dominiki. Po wizycie w tym niesamowitym kraju ciężko człowieka zachwycić. Ostatni dzień na Wyspie Świętego Wincenta nadrobił wszystko.

Dopływaliśmy do Wallilabou Bay, uroczej zatoki, która służyła jako plan zdjęciowy filmowego Port Royale z Piratów z Karaibów. Pamiętacie pierwszą scenę z udziałem Jacka Sparrowa, gdy przybywa do portu na tonącej łódce? Żeglowaliśmy dokładnie koło skały na której wisiała tabliczka „Piraci strzeżcie się!” i kilka ciał wyżej wymienionych jegomościów. Żeby było bardziej klimatycznie w głośnikach brzmiał filmowy soundtrack stworzony przez Hans Zimmera. Niby prosta rzecz, ale wpływanie do tego miejsca, w takich okolicznościach było po prostu magiczne. Dekoracje zbudowane na potrzeby filmu, miasteczko i pomost, dalej stoją i przypominają o wizycie filmowców. Niestety wszystko jest już nieco podniszczone przez huragany i prawdopodobnie, niektórych miejscowych używających zdobytych materiałów do własnych potrzeb.

IMG_3483
„Piraci strzeżcie się!”
IMG_3475
Pozostałości po filmowcach

Główną atrakcją wieczoru okazała się być rzecz, a raczej osoba spotkana zupełnie przypadkowo. Gdy schodziliśmy z jachtu na ląd zawołał nas lokalny dziadek, twierdził, że przycumowaliśmy do jego boi i musimy mu zapłacić. Nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby nie jeden mały, aczkolwiek istotny szczegół. Przed momentem zapłaciliśmy za boję i asystę innemu lokalsowi, który wypłynął po nas na swoim malutkim dingi w morze i poprowadził do tej konkretnej boi. Po kilku minutach rozmowy na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech odsłaniający jego nikłe pozostałości w uzębieniu.

– Macie szczęście! – oznajmił radośnie.

-Dlaczego?!

– Widziałem biało-czerwoną flagę przy waszym maszcie, jesteście z Polski prawda?

– Tak!

– Chodźcie pokażę wam coś… Witajcie w Polskim Domu na Karaibach! Nazywam się Antek! – wykrzyczał, cały czas szczerząc się do nas czterema zębami. – A Polacy u mnie nie płacą!

Poprowadził nas do nieco obskurnie wyglądającego budynku, w którym znajdował się bar i restauracja. Wszędzie było biało i czerwono. Kilkanaście flag z podpisami wisiało na ścianach, półki za ladą były wypełniony po brzegi polską wódką, a w głośnikach grała muzyka Dżemu. Antek ochoczo pokazywał nam księgi gości, trzy opasłe tomiska pełne dedykacji od załóg i kapitanów z kraju nad Wisłą. To było dla nas totalne zaskoczenie, bo nie mieliśmy zielonego pojęcia o tym miejscu. Od żeglarzy, którzy organizują czartery w tym rejonie, dowiedziałem się, że Polski Dom na Karaibach jest bardzo popularny wśród gości, nawet jeśli czasem kuchnia czy bar są zamknięte z powodu braku zapasów lub zbyt dużej ilości zioła wypalonego przez właściciela. Niemniej jednak świetną sprawą było spotkanie osoby do tego stopnia uwielbiającej nas, do tego uratowało to mój pobyt na Saint Vincent (ach, ta Dominika).

WP_20160122_011
Antek i jego Polski Dom na Karaibach

Przyszedł czas odstawić Anię na Martynikę, gdzie czekał na nią samolot do domu. Wkrótce miałem też pożegnać się z Michałem, ponieważ właściciele s/y Ally mieli wkrótce przylecieć, żeby znowu zaznać karaibskiego słońca. Była to już moja trzecia wizyta na tej francuskiej wyspie. Następny cel to Saint Martin, gdzie miał mnie podrzucić Bogdan, tak czy siak miałem jeszcze tydzień do jego przyjazdu, więc pomyślałem o wybraniu się w autostopową pętlę wzdłuż wybrzeża.

Marek Kramarczyk