Najtrudniejszy jest ten pierwszy krok

Jeśli zapytamy przypadkowych ludzi na ulicy o ich marzenia, wielu opowie o tych związanych z podróżami. Rajskie plaże, wysokie góry, szerokie stepy i dziewicze lasy. Kto nie lubi natury, znajdzie coś dla siebie oglądając pozostałości miast, świątyń i fortec z dawnych epok. Sam też odpowiedziałbym podobnie. Do czasów licealnych miałem okazję jeździć na wszelkiego rodzaju obozy i kolonie odbywające się w Polsce i za granicą. Do tego świetne objazdówki po Europie Zachodniej organizowane przez moje gimnazjum. Nie zastanawiając się korzystałem z tych możliwości, jednak z czasem trzymanie się programu i podążanie za przewodnikiem stało się dla mnie męczące. A same wyjazdy przestały sprawiać taką przyjemność jak kiedyś. Na początku studiów moje wakacje mijały na kiełbasce, piwku i plażowaniu ze znajomymi. Mimo, że już wtedy podobała mi się myśl spontanicznego podróżowania bez biur turystycznych i sprecyzowanych planów, to długo nic z tym nie robiłem. Zawsze znalazł się powód, żeby nie jechać. Brak kasy czy kampania wrześniowa skutecznie powstrzymywały mnie przed wyruszeniem w nieznane, a przynajmniej tak sobie wmawiałem.

I dlatego omijały mnie takie widoki
I dlatego omijały mnie takie widoki

W tamtym czasie często oglądałem programy podróżnicze Wojciecha Cejrowskiego. Emitowane w porze weekendowych obiadów, pokazywały życie lokalnej ludności z różnych zakątków świata od kuchni.  Do tego stopnia polubiłem pana Cejrowskiego, że gdy dowiedziałem się o jego stand-up’owym występie w Krakowie postanowiłem uszczuplić mój studencki budżet i się wybrać. Z perspektywy czasu były to najlepiej wydane pieniądze na występ kabaretowy w moim życiu. Występ był świetny, ale dla mnie najważniejszą rzeczą było usłyszenie pewnych słów. Podróżnik mówił o tym, że od zwykłych ludzi odróżnia go jedna rzecz. Czytając książki o fascynujących, dalekich wyprawach, w końcu je zamknął i odłożył na półkę. Następnie sprzedał lodówkę i kupił bilet w jedną stronę do Meksyku przez który podróżował okazją i dorabiał na miejscu chwytając się różnych zajęć. Ta wypowiedź pokazała mi, że chcący szuka sposobu, a nie powodu! Tak więc myśl została zasiana, a w ciągu kilku tygodni wykiełkowała na tyle, że postanowiłem wreszcie zamknąć moją książkę.

Piękne poranki...
Piękne poranki…

Idea autostopu towarzyszyła mi od jakiegoś czasu. Z racji tego, że tanio, że będą przygody i będzie spontanicznie. Jedynym ograniczeniem jest trudny do przewidzenia termin powrotu. Wiadomo, można się śpieszyć i sprężać, żeby zdążyć na konkretną datę. Jednak nie o to w tym wszystkich chodzi.

Studenckie wakacje mogą być długie, jeśli się człowiek postara.  Stąd jedyna przeszkoda u mnie nie występowała. Dlatego zdecydowałem wyruszyć w pierwszą poważną wyprawę właśnie autostopem. Tutaj pojawiły się dwa problemy. Pierwszym był kompletny brak doświadczenia w tym sposobie przemieszczania się, a drugim to, że na pierwszy taki wyjazd nie miałem odwagi wybrać się samemu. Nie znałem nikogo, kto parałby się autostopem na poważnie, więc nikt mi nie doradzał. Postanowiłem zdać się na niezawodny Internet. Miałem trochę szczęścia i uniknąłem podróżowania po otchłaniach sieci. Od znajomych dowiedziałem się, że na moim wydziale studiuje Kuba, który prowadzi bloga o tanim podróżowaniu. Tak właśnie trafiłem na Plecak Wspomnień. Ostrzegam! Nie próbujcie, podczas jego lektury pisać pracy dyplomowej! Gwarantuje, że pochłonięci nią zapomnicie o terminach oddawania. Potem będzie czekało was sporo  nieprzespanych nocy. Poza fantastycznymi przygodami na blogu znalazłem „Auto-Start! Pierwsze kroki autostopowej przygody”, ten poradnik zawiera absolutnie wszystkie informacje dla początkujących autostopowiczów. Po jego przeczytaniu wystarczy założyć plecak, stanąć na poboczu, wyciągnąć kciuk i już jedziemy…

...oraz wieczory
…oraz wieczory

No, może jeszcze nie. Uzbrojony w wiedzę teoretyczną rozpocząłem szukanie kompana. To pozornie proste zadanie okazało się być niezwykle irytującym i żmudnym zajęciem. Początkowo pytałem wśród znajomych. Jedni pukali się w czoło, inni życzyli powodzenia. Było kilka osób chętnych na taką wyprawę. Niestety jak przychodziło do konkretów, to zawsze pojawiała się jakaś wymówka. Tak minęło kilka miesięcy, a ja przegapiłem długi majowy weekend. Następny wolny termin był już wakacje. W pierwszej połowie sierpnia zakończyłem staż, co oznaczało dla mnie kilka tygodniu laby. Wymyśliłem, że dobrym miejscem na pierwszy wyjazd będzie Półwysep Bałkański. Jak się wkrótce okazało, planować w przypadku takich podróży nie warto, lepiej zdać się na los i korzystać z trafiających się szans. W każdym razie zaopatrzyłem się w plecak, śpiwór, karimatę i mapę. Niestety mój kumpel, który miał mi towarzyszyć mógł jechać dopiero we wrześniu. Nieszczególnie mi pasowała strata kolejnego miesiąca. Doszedłem do wniosku, że jeśli nikogo nie znajdę w ciągu najbliższych dni, pojadę sam. Postanowiłem jeszcze sprawdzić popularne na Facebooku grupy dla podróżników. Przeglądając posty w pewien poniedziałkowy poranek zauważyłem, że ktoś szuka towarzystwa na autostopową podróż do Turcji. A więc Turcja! Tak poznałem Wojtka, szybko się dogadaliśmy, załatwiłem wizę i wreszcie szykowałem się do wyjazdu. Miało być spontanicznie i było. „Mamo! Tato! Jadę zaraz do Turcji!” – mina rodziców bezcenna, za wszystko inne zapłaciłem kartą.

W drodze do Stambułu
W drodze do Stambułu

Tego samego dnia wieczorem byłem już w drodze do Krakowa, skąd wyruszaliśmy.  Stojąc pierwszy raz na poboczu z wyciągniętym kciukiem, a właściwie kartką z napisem „CHYŻNE” czułem się niezręcznie. Co ja tu właściwie robię? Kierowcy patrzący ze zdziwieniem i politowaniem. Perspektywa braku dachu nad głową i prysznica przez długi czas, także nie napawała optymizmem. Jednak z każdą kolejną minutą dostrzegałem coraz więcej uśmiechów na twarzach przejeżdżających osób. Uświadomiłem sobie, że większość z nich wraca do domów po żmudnym dniu pracy, zmęczeni do tego stopnia, że zaraz usiądą przed telewizorem, a po kilkugodzinnym seansie pójdą spać. Taki los mógł wkrótce dopaść i mnie. Wszystkie wątpliwości zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po nieco ponad godzinie zatrzymało się moje pierwsze auto złapane na stopa. Wypasione Audi A6 kombi, a w środku niewysoka brunetka – klasyczna kobieta biznesu. Jechała tylko do pobliskiego Pcimia, ale w końcu od czegoś trzeba zacząć. Na wstępie poinformowała, że nigdy nikogo nie zabiera, bo nie należy do bezpiecznych kierowców. Jednak szczęśliwe wydarzenia w pracy, sprowokowały chęć odwdzięczenia się losowi. W końcu karma wraca. Gdy po chwili pędziliśmy 170 km/h przez zatłoczoną Zakopiankę, mijając kolejne samochody, wreszcie pojawiła się wielka ekscytacja. Poczułem się niczym Bilbo Baggins wyruszający z czarodziejem i kompanią krasnoludów po skarby Samotnej Góry. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że wrócę po miesiącu. Bogatszy o całą masę doświadczeń i przeżyć.

Autostop dostarcza wielu niezapomnianych przejażdżek
Autostop dostarcza wielu niezapomnianych przejażdżek

Ta podróż nie była nadzwyczajna, taką trasę spokojnie może zrobić każdy. Jeśli chodzi o autostop, tak wielu innych robi rzeczy, o których mi się nawet nie śniło i pewnie nigdy się nie przyśni. Mimo to, ta jedna podróż zmieniła bardzo dużo. Pokazała świat z innej perspektywy, udowodniła, że do realizacji marzeń nie potrzeba pieniędzy, a jedynym ograniczeniem jest brak chęci i odrobiny samozaparcia. Dlatego jeśli marzy się o podróżowaniu, to wystarczy założyć plecak i wyjść z domu. Ten pierwszy krok, żeby przekroczyć próg domu bywa czasami ciężki, ale jeśli się go nie zrobi, nigdzie się nie pojedzie. Nie potrzeba niczego więcej.

Marek Kramarczyk