Magia jachtostopu

Zaczęło się na Gibraltarze, początkiem października. Wtedy ciągnięty przez przeznaczenie pod bramę mariny w La Linea, wpadłem w niej na Denysa. Został on moim pierwszym kapitanem, zapraszając na jacht osobę bez absolutnie żadnego doświadczenia żeglarskiego. Dotarliśmy razem na Lanzarote, najdalej wysuniętą na północ z Wysp Kanaryjskich. Tam po kilku dniach znalazłem nową łódź i sędziwego kapitana Vasco. Kolejny zapadający w pamięć rejs doprowadził mnie do Las Palmas, miejsca odwiedzanego przez niemal wszystkich, przekraczających ocean żeglarzy. Dwa tygodnie poszukiwań, setka przepytanych jachtów i niemal tyle samo innych jachtostopowiczów, tak właśnie trafiłem na Blue Ocean, luksusowy katamaran pod polską banderą. Razem z najlepszą załogą, jaką można mieć przy tak długim rejsie, wyruszyłem w przestwór Atlantyku, odwiedzając po drodze Wyspy Zielonego Przylądka. Po kilkunastu dniach na oceanie wylądowaliśmy na Saint Lucii i wreszcie, nieco później na francuskiej Martynice.

IMG_2364
Stary żaglowiec wpływający na kotwicowisko na żaglach to niezwykle rzadki widok.
IMG_3413
Droga na skróty nie zawsze jest dobra

Pewien etap wyprawy się zakończył, Atlantyk został pokonany. Trafiłem na Karaiby i chwilowo nie mając żadnych planów, postanowiłem zostać i pomóc Andrzejowi, kapitanowi Blue Ocean w przygotowaniu jachtu do zaczynającego się w zbliżające się święta czarteru.  Ogrom pracy dał mi zajęcie na najbliższe dwa tygodnie i przez brak czasu, nie przejmowałem się co będzie dalej. Boże Narodzenie nadchodziło wielkimi krokami, a wraz z nim mój ostatni dzień na polskim katamaranie. Bowiem pierwszego dnia świąt na jachcie mieli zjawić się goście. Wigilia okazała się być najbardziej pracowitym dniem z mojego, prawie dwumiesięcznego pobytu na łodzi. Przynajmniej aż do kolacji, na którą zaprosiłem Michała, stopowicza poznanego w Las Palmas. Choinka zrobiona z ananasa, rekin po kaszubsku, merlin czy tradycyjne, pieczone w Gwatemali, świąteczne pierniki to zasługa obecności Krysi, profesjonalnej kucharki, która właśnie zameldowała się na Martynice. Po uroczystej i całkiem niezwykłej Wigilii na Karaibach, nieoczekiwanie i wręcz czarodziejsko pojawiły się plany. Magia jachtostopu, inaczej nie potrafię tego opisać. W jednej chwili pałaszujesz ze smakiem gwatemalski piernik, a gdy już go przełkniesz znajdujesz nowy jacht. Powiedziałem Michałowi, że następnego dnia schodzę z Blue Ocean i zaczynam szukać jachtu, oto co usłyszałem w odpowiedzi:

– Stary zapraszam do mnie! Mam jacht!

Michał przepłynął Atlantyk na szwedzkim jachcie Ally, właściciele wracali do domu i nie mieli pojęcia co z nim zrobić. Ponieważ jest doświadczonym żeglarzem, została mu złożona jedna z tych propozycji, o których śmiało można powiedzieć nie do odrzucenia. Szwedzi poprosili go o przejęcie opieki nad Ally. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Tak właśnie jachtostopowicz został skipperem, a że nie miał z kim pływać to zaprosił mnie do załogi.

IMG_2185
Karaibskie zachody słońca

Mieliśmy jacht i mogliśmy płynąć gdziekolwiek. Gdybym właśnie nie stał na laminatowym pokładzie mojego nowego domu, to bym za żadne skarby świata nie uwierzył w tą historię. „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę” mówił głos Piotra Fronczewskiego w jednej z kultowych gier komputerowych. Podążyliśmy za jego radą. W jednym z barów mariny spotkaliśmy Milene i Bartka, znaliśmy ich z ogłoszeń zamieszczonych przez poszukujących łodzi w licznych witrynach sklepowych mariny w Las Palmas. Jedno piwko wystarczyło i byli już członkami naszej załogi. Załogi nie byle jakiej, bo złożonej z polskich jachtostopowiczów, którzy przepłynęli Atlantyk  różnymi łodziami,  po czym spotkali się ponownie na Karaibach. Tym razem to oni decydowali gdzie płynąć.

IMG_8315
Jachtostopowa załoga s/y Ally

Szybko i jednogłośnie wybraliśmy cel naszej wyprawy, żagle poszły w górę. Dominika! Najbardziej zielona i dzika z wysp Karaibów. Po drodze zahaczaliśmy o północ Martyniki, zwiedzając miasteczko  doszczętnie spalone sto lat temu przez miejscowy wulkan, którego szczyt także udało nam się zdobyć. Na samej Dominice poznawaliśmy sekrety tropikalnego lasy deszczowego, znajdując grzmiące wodospady i ruiny ukryte wśród drzew. O tych miejscach można napisać bardzo wiele, co też wkrótce uczynię. Po dwóch tygodniach spędzonych razem byliśmy znów na Martynice, skąd Milena i Bartek wracali do Europy. Dołączyła do nas natomiast Ania, siostra Michała. Tym razem pożeglowaliśmy na południe odwiedzając wyspy Saint Lucia i Saint Vincent. Francuska wyspa stała się moją bazą wypadową na okoliczne wyspy, dlatego też po kilku dniach znów byliśmy w najbardziej żeglarskim miasteczku jakie w życiu widziałem, Le Marin. Miejscowości, w której wszystko się toczy wokół mariny i ogromnego kotwicowiska. Na s/y Ally spędziłem jeszcze trochę czasu, razem z Michałem sprzątaliśmy łódkę, przed przyjazdem jej właścicieli. Kolejna wspaniała przygoda dobiegła końca.

DCIM101GOPRO
Zaraz po zdobyciu szczytu wulkanu
IMG_3056
Relaks na plażach Dominiki
DCIM101GOPRO
W drodze na południe
IMG_3364
Słynne Pitony na Saint Lucia
IMG_2166
Le Marin o poranku

Ale nie był to koniec magii. Pisząc ten wpis, siedzę  w marinie nadrabiając blogowe zaległości i czekając na Bogdana, Polaka poznanego podczas karaibskich świąt Bożego Narodzenia. Za kilka dni wraca z prowadzonego przez siebie czarteru i zaproponował mi, że podrzuci mnie na Saint Martin. Następnego celu mojej podróży i miejsca gdzie, mam nadzieję uda mi się podreperować budżet tej wyprawy. W sumie to powinienem napisać, że jakikolwiek stworzyć, ponieważ po czterech miesiącach w drodze, wydałem jedynie około czterystu Euro. Co jest wynikiem wielce zadowalającym. Dodam jeszcze, że to nie było moje jedyne zaproszenie na łódź. Dostałem jeszcze trzy inne, tak więc znów zadziałała magia jachtostopu. Kolejny raz potwierdza się, że nie warto mieć konkretnych planów, a jedynie zarys wyjazdu w głowie. Najlepiej dać się ponieść podróży i jej czarom.

Marek Kramarczyk