Las Palmas – Wylotówka na Karaiby

Las Palmas, słoneczna stolica Wysp Kanaryjskich. Chyba jedyne miejsce na całym archipelagu utrzymujące się bardziej z przemysłu niż z turystyki. Tytułową wylotówką jest już od czasów Krzysztofa Kolumba, który urządził sobie tu bazę wypadową podczas podróży do Nowego Świata. Pamięć o nim jest pieczołowicie pielęgnowana. W zabytkowej dzielnicy La Vegueta do dziś stoi dom, w którym mieszkał. Obecnie znajduje się tam muzeum poświęcone Kolumbowi. W innej części miasta możemy zobaczyć, naturalnej wielkości, replikę statku Santa Maria, na którego pokładzie żeglarz odbył swoją pierwszą wyprawę do Ameryki. Las Palmas wylotówką na Karaiby jest do dzisiaj. Stanowi ostatni przystanek dla setek jachtów, przekraczających Atlantyk w okresie od listopada do stycznia. Niemal każda łódź płynąca przez ocean zatrzymuje się w miejscowej marinie. Dlatego też musiałem się tu znaleźć.

IMG_1449
Casa de Colon – dom Kolumba
IMG_1460
Katedra w dzielnicy La Vegueta

Stara bułgarska łódka z jeszcze starszym, szalonym kapitanem zakotwiczyła w zatoce nieopodal mariny, popołudniem we wtorek 20 października. Gdy płynęliśmy razem z Vasco na brzeg, w drewnianej łódeczce, co najmniej o połowę mniejszej od drzwi z Titanica, na których Leonardo di Caprio nie znalazł miejsca i biedny musiał utonąć w zimnym Atlantyku, zastanawiałem się co zrobić w mieście, gdzie nie znam nikogo. Nie wspominając już o tym, że hostele są zdecydowanie poza moim budżetem. Na domiar złego Gran Canarię nawiedziły silne ulewy, których nie pamiętają nawet najstarsi mieszkańcy wysp. Tytuły prasowe grzmiały: CATASTROFA! Rzeki na ulicach, zalane domy, a nawet tornado sprawiły, że zamiast skupić się na znalezieniu jachtu walczyłem o przetrwanie.

Tereny „kampingowe” poza miastem, wraz ze słynną wśród surferów plażą El Confidal, były zbyt odległe od mariny, porzuciłem je już po dwóch dniach. W mieście ratunkiem dla mnie okazali się bezdomni, uratowali mnie pewnej nocy przed ulewą, po czym spałem razem z nimi kilka następnych dni. W Las Palmas jest ich naprawdę sporo, nigdy wcześniej nie widziałem miejsca z taką ilością włóczęgów. Nikt jednak nie zna miasta lepiej niż oni, pokażą ci wszystkie miejscówki do spania. Powiedzą, których należy unikać w trosce o swoje cztery litery. Wreszcie miałem blisko do mariny i mogłem rozglądać się za kolejnym jachtem. Tego typu spanie odradzam tym, którzy nie wytrzymają towarzystwa wszechobecnych karaluchów. Od czasu do czasu po prostu budzisz się z jednym z nich na głowie. Nie pytajcie skąd o tym wiem… Nazwijmy to po prostu empirycznym poznawaniem świata. Generalnie Las Palmas oferuje dwie opcje. Spanie z karaluchami i bezdomnymi w okolicach portu lub spanie z karaluchami i nachalnymi transwestytami w okolicach plaży Las Canteras.

IMG_1388
Giuseppe trzyma cały swój dobytek w wózku ciągniętym za rowerem i jak twierdzi, już od trzech lat szuka łodzi na Karaiby.
IMG_1473
El Confidal – podobno najlepsze fale na Kanarach

Dotarłem na wyspę trochę za wcześnie. A to wszystko z powodu ARC, bardzo popularnego i komercyjnego rajdu dla jachtów. W tym roku żeglarze już po raz 30 pokonują trasę z Gran Canarii na Saint Lucię na Karaibach. Tym razem w jubileuszowym, największym ARCu w historii. Prawie 300 łodzi, z których 70 miało płynąć przez Wyspy Zielonego Przylądka, a reszta bezpośrednio przez ocean. Tyleee łodzi, a ja narzekam? Cóż, niestety jest to dość droga impreza. Poza opłatą za jednostkę, trzeba zapłacić za każdego członka załogi. Wcale nie tak łatwo dostać się na jacht biorący udział w tym rajdzie. Jakby tego było mało, cała marina została zablokowana przez przybywających arcowców. Nic nie wypływa, nic nie przypływa… i tak miało zostać aż do 22 listopada, do dnia startu. Po kilku dniach i przepytaniu setki żeglarzy, cała marina wiedziała o moich poszukiwaniach.

IMG_1469
Niemal wszystkie jachty w marinie miały takie flagi.
IMG_1494
Duże jednostki mogły zapomnieć o wpłynięciu do mariny.

Mimo przybycia nieco przed czasem, nie byłem w Las Palmas pierwszym jachtostopowiczem. Było nas kilku. Z częścią zapoznałem się już pierwszego dnia, o reszcie dowiedziałem się z jeszcze nielicznych, przyklejonych do szyb ogłoszeń. Od samego początku zaprzyjaźniłem się z Hiszpanem Jorge i Francuzem Mathieu. Wiedzieliśmy, aż nazbyt dobrze, że nie wyrwiemy się stąd zbyt prędko. Jednak w takiej kompanii czas mijał stosunkowo szybko. Pewnego dnia wybraliśmy się do małych marin na południu wyspy, żeby zostawić tam swoje ogłoszenia. Mathieu przedstawił mnie znajomym, którzy po usłyszeniu mojej historii, postanowili mi znaleźć miejsce do spania.

W ten sposób poznałem Asiera. Nie tylko uratował mnie przed ulewami, ale zapewnił o możliwości spania w jego mieszkaniu do czasu znalezienia łodzi. Tak po tygodniu tułaczki po Las Palmas, pierwszy raz od miesiąca spałem w mieszkaniu. Do tego iście studenckim, bowiem mieszkało tam ośmioro Erasmusów. Miejsce to jest znane w całym mieście z imprez na dużym tarasie. Po tygodniu nie tylko znalazłem dach nad głową, poznałem też całą masę lokalnych żeglarzy którzy wykazywali chęć pomocy w naszych poszukiwaniach. Z każdym dniem przybywało szukających. Gdy minęła połowa miesiąca od mojego przybycia z dziesięciu jachtostopowiczy zrobiło się nagle siedemdziesięciu. Codziennie przybywali nowi. Niektórzy tracili swój zapał, bo: nic nie wypływa, nic nie przypływa…

IMG_1424
Marina w Puerto de Mogan
IMG_1434
Jednodniowe żeglowanie wokół Las Palmas z Hectorem. Kilka mil od brzegu powiedział mi, że też dopiero się uczy.
IMG_1429
Jorge zabawiający żeglarzy swoją muzyką.

Mijały kolejne dni. Jorge pierwszy z nas dostał się na jacht. Przypadkowo, w knajpie z kebabem i to daleko od portu, poznał właściciela jednej z łodzi czarterowych. Ów właściciel potrzebował pomocy z remontem jachtu. Witaj na pokładzie! Tak to właśnie działa. Przez ogrom pracy Jorge widywał się z nami tylko wieczorami, w Sailors Bay,  najpopularniejszym pubie w marinie. Mimo przeciętnej kuchni i nienajlepszego piwa, klienci w innych lokalach pojawiają się dopiero kiedy brakowało krzeseł. I trzeba przyznać, czuć tam atmosferę prawdziwej portowej knajpy. Szukanie łodzi w marinie stało się bezsensowne. Żeglarze dobrze wiedzieli, kto stara się dołączyć do którejś z załóg. Co więcej ogromna liczba interesantów z pewnością stawała się dla nich irytująca. Trzeba było znaleźć inne rozwiązanie albo czekać na start ARC.

Jedynym miejscem gdzie występował jakikolwiek ruch było portowe kotwicowisko. Całkiem zapełnione zresztą. Była to zdecydowanie najlepsza szansa w tym momencie. Pożyczyliśmy od naszego przyjaciela Marco zielony kajak. Pierwszy do zatoki popłynął Mathieu. Znalazł! Odpłynął następnego dnia na francuskim katamaranie. Przyszedł czas na mnie. Pływając niespiesznie od jachtu do jachtu, po niewielkiej zatoce, zauważyłem biało – czerwoną flagę. Pomijając pozostałe łodzie, wiosłowałem w kierunku sporego katamaranu pod polską banderą. Tam poznałem Andrzeja i Maćka, przeprowadzających ten jacht na Karaiby. Po chwili rozmowy Andrzej, będący kapitanem zabrał namiary do mnie mówiąc, że może się przydam. W moim sercu pojawił się płomyk nadziei. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy w marinie, po pewnym czasie dostałem zaproszenie na łódź, której udało się nawet zadokować w międzyczasie.

kayak
Zielony kajak
IMG_1472
Pożegnanie Mathieu w Sailors Bay

Układ był taki. Maciek wracał na tydzień do Polski, a że na jachcie jest zawsze sporo do zrobienia , to dostałem propozycję. Pomoc przy jachcie w zamian za jedzenie i spanie, a gdy właściciel jachtu przyjedzie przed samym rejsem, zdecyduje czy mogę płynąć. Idealne rozwiązanie, zwłaszcza że budżet wyprawy malejący z każdym dniem bez żadnego progresu, nie jest zbyt motywujący. Przez dwa tygodnie na łodzi można się też wiele nauczyć. Szkoda zmarnować taką okazję. Zaryzykowałem i przestałem szukać jachtu, zamieszkałem na osiemnasto metrowym katamaranie Blue Ocean. Opłaciło się. Po dwóch tygodniach przyjechał właściciel… a ja znalazłem jacht na Karaiby! Po miesiącu spędzonym w słonecznym, nie licząc pierwszego tygodnia, Las Palmas wyruszam śladami Kolumba, Drake’a i innych wielkich żeglarzy w drogę przez ogrom Atlantyku.

IMG_1505
Blue Ocean

Pierwszy i najtrudniejszy etap tej, niewątpliwie planowanej na długą, podróży już niemal za mną. Ostatnie dwa miesiące spędziłem w drodze, a to dopiero początek… Moje życie ostatnimi czasy wygląda zupełnie jak, znana wszystkim z lekcji trygonometrii, sinusoida. Pasuje perfekcyjnie zwłaszcza do opisania mojego pobytu w Las Palmas. Pierwszy tydzień spałem z bezdomnymi i żywiłem się popularną swego czasu, bułką z bananem. Drugi spędzony w mieszkaniu studentów z wymiany, obfitujący w imprezy i początek nauki hiszpańskiego. Chociaż trzeba przyznać, że ich zabawy wyglądają bardzo spokojnie w porównaniu z polskimi, przynajmniej jeśli chodzi o ilości spożywanego alkoholu. No a trzeci tydzień… dwa tygodnie na luksusowym jachcie na pewno zbliżają krzywą do jej maksimum. Jeśli mój dobry przyjaciel Konrad dotrwa, aż do końca tego nieco przydługawego wpisu. To mam nadzieję, że czytając tą wielce matematyczną metaforę, wypije kielonek jego ulubionej Czystej za moje zdrowie, siedząc gdzieś w mroźnym i pełnym smogu Krakowie.

Ja tymczasem pisząc tego posta jestem dokładnie na środku Oceanu, spoglądam na lekko postrzępioną, biało – czerwoną flagę powiewającą na tle błękitnych fal. Podziwiając przelatującą ławicę latających ryb dochodzę do wniosku, że życie jest piękne.

Marek Kramarczyk