Ile kosztuje jachtostop – podsumowanie finansowe

Czy jachtostop jest drogi? Drogi może nie jest, ale nie zawsze będzie tanio. Można się nieźle wkopać jeśli niezbyt dogadamy się z kapitanem. W tym wpisie przedstawię całkowite koszty mojej dziewięciomiesięcznej podróży i pokażę na co tą kasę wydałem.

Zacznijmy od budżetu. Zabrałem ze sobą tysiąc dolarów. Nie wiedziałem jednak na jak dług będzie musiało to starczyć. Dla wygody wszystkie ceny będę podawał w dolarach amerykańskich. Podczas podróży oczywiście używałem też euro i dolarów wschodnio-karaibskich. Podstawowym założeniem było nie przekraczanie pięciu dolarów dziennie. Jeśli udało się przeżyć za mniej – dobra moja. Czy to dużo? Mógłbym potwierdzić, gdyby nie jeden niefortunny przypadek, który pozbawił mnie prawie połowy pieniędzy. Lepiej mieć zapas. A jeśli chodzi o dzienny budżet, to spokojnie wystarczyło na jedzenie niemal w każdym miejscu, w którym się znalazłem. Przypomnę, że odwiedzałem miejsca powszechnie uważane za drogie.

7-2

Wydatki podczas tego typu podróży możemy podzielić na te gdy jesteśmy na jachcie oraz gdy go poszukujemy. Te drugie to standardowe wydatki jakie zawsze mamy w podróży. Ja uznałem, że nie płacę pieniędzmi za spanie i transport dlatego poruszałem się autostopem i nocowałem na dziko. Jeśli ktoś pragnie mieć hostel wystarczy dodać do budżetu dziesięć dolarów i już go ma. Mój budżet w całości był przeznaczony głównie na jedzenie.

Na jachcie sprawa wygląda inaczej. Wszystko zależy od tego w jaki sposób się umówimy z osobą zabierającą nas. Tutaj przeważnie mamy trzy możliwości. Pierwsza to rejs zupełnie za darmo. Kapitan daje nam jedzenie i spanie, a my nasz pobyt na łodzi odpracowujemy pomagając na pokładzie i pod nim. Ja korzystałem głównie z tej opcji. Jeśli akurat nikt nie chciał mnie zabrać na takich zasadach, po prostu dłużej szukałem.

Możemy się spotkać ze składką na jedzenie, paliwo i opłaty portowe. Dosyć często te dwa ostatnie punkty są pokrywane przez kapitana, ponieważ są one niezależne od nas. Tu nie ma reguły, na wydatki wpływa apetyt i gust załogi. W moim wypadku dwukrotnie brałem udział w składce. Za pierwszym razem na jedzenie i opłaty portowe, ponieważ nie miałem żadnego doświadczenia, a chciałem żeby kapitan jeszcze mnie uczył. Koszt za dziesięć dni całkiem wypasionego jedzenia i opłat w marinach po podzieleniu na trzy osoby wyniósł sto dwadzieścia dollars. Właściciele katamaranu jednak byli zadowoleni z wykonanej przeze mnie pracy i zdecydowali,  żebym zapłacił po prostu mój dzienny budżet czyli w sumie pięćdziesiąt dolarów. Drugi raz zrzucałem się na samo jedzenie podczas żeglugi w wyłącznie jachtostopowej załodze. Wszystkie pozostałe koszty były po stronie właścicieli szwedzkiego jachtu. Przez półtora miesiąca pobytu wydałem około dwustu dolarów. Jeśli żeglujecie po różnych krajach to przy składkach pamiętajcie także o odprawach, które kosztują dosyć sporo i tylko od dobrej woli skippera zależy czy za was zapłaci. Za pozostałe rejsy nie ponosiłem żadnych kosztów.

11-1

Ostatnią możliwością jest opłata za dzień na łodzi. Ja w ogóle jej nie rozważałem. Przy przykładowej wysokości dwudziestu dolarów rejs przez Atlantyk wychodzi drożej niż bilet na samolotowy z Europy na Karaiby. Mimo wszystko jest to popularna forma przyjmowania załogi na pokład.

Korzystając w większości z pływania w zamian za pracę mogę się pochwalić, że pierwsze trzy miesiące podróży kosztowały mnie trzysta dolarów. Włączając w to autostopową trasę z Polski na Gibraltar, rejs przez Atlantyk, miesięczny pobyt na Kanarach i krótką wizytę na Wyspach Zielonego Przylądka oraz pierwsze dwa tygodnie na Karaibach. Wydatki w dużej mierze poszły na piwo w knajpach w celu uzyskania dostępu do wifi.

Doliczając półtora miesiąca i te dwieście dolarów oraz późniejszy przelot z Martyniki na Brytyjskie Wyspy Dziewicze po pięciu miesiącach wydatki sięgnęły połowy budżetu. Stówa na miesiąc to wciąż wynik całkiem niezły biorąc pod uwagę drogie kraje i żeglarską przygodę.

img_5173

BVI okazało się być najdroższym miejscem jakie dane mi było odwiedzić i po pierwszych zakupach musiałem znaleźć sposób na ograniczenie kosztów. Udało mi się znaleźć na workaway miejsce, gdzie można popracować w zamian wyżywienie i łóżko. Nie miałem konta na tym popularnym portalu więc udałem się na tam, tak jak stałem. Właściciele mnie przyjęli, więc problem rozwiązał się sam. Dwa tygodnie kosztowały mnie około czterdziestu dolarów, które poszły oczywiście na piwko w tawernie.

Po tym czasie niespodziewane zdarzenie potwierdziło, że w podróż mimo wszystko warto zabrać coś na czarną godzinę. Udałem się do urzędu imigracyjnego w celu przedłużenia mojego pobytu w karaibskim kraiku. Po rozmowie z panią oficer i dłuuuugim oczekiwaniu dowiedziałem się, że jutro ma mnie tu nie być. Bez podania wyjaśnień. Taki mają klimat. Jedyną opcją natychmiastowego wyjazdu z wysp było kupno biletu samolotowego. Rozważałem nielegalny pobyt, jednak bo zbadaniu grożących za takie zachowanie konsekwencji odrzuciłem ten pomysł. Nie widziało mi się spędzenie do roku w więzieniu, zapłacenie tysiąca dolarów grzywny. Najgorszy w tym wszystkim był jednak dożywotni zakaz wjazdu na Brytyjskie Wyspy Dziewicze. Zrujnowało by to moją planowaną karierę w żeglarstwie.

Skończyło się na tym, że wydałem czterysta dolarów na bilety lotnicze. Interes życia to nie był. W efekcie trafiłem na Sint Maarten. Miałem w kieszeni pięćdziesiąt dolarów. Trzeba było znaleźć jakąś robotę. Minął tydzień i udało mi się dorwać kilka prac dorywczych na łodziach. Generalnie pracowałem około trzy tygodnie i w tym czasie udało mi się zarobić dziewięćset dolarów. Z tego około stu poszło na koszty życia.

Kolejne sto trzydzieści dolarów wydałem na bilet lotniczy na Martynikę. Gdzie już czekał na mnie katamaran, którym miałem wracać przez Atlantyk do Europy. Zdarzyło mi się wtedy pracować na super jachcie z dniówką wynosząco sto dwadzieścia zielonych i łatwiej było mi skorzystać z samolotu niż szukać łodzi i stracić możliwość zarobku.

Pozostałem pięć dych wydałem podczas dwumiesięcznej podróży do Europy. Wiadomo, na piwo w knajpach.

Podsumowanie

Przez dziewięć miesięcy moje wydatki wyniosły tysiąc trzysta dolarów. Do domu udało mi się dowieść siedemset. Podsumowując:

Budżet wyprawy – 1000 $

Wydatki – 1300 $

Zarobki – 900 $

Czas podróży – 9 miesięcy

W tym praca zarobkowa –

Zostało – 700 $

Wychodzi na to, że przez dziewięć miesięcy mój budżet uszczuplił się tylko o trzysta dolarów. A zrobiłem tyle niesamowitych rzeczy, na które w życiu mnie nie było stać. Nauczyłem się też więcej niż chyba przez całe życie. Zamierzam to spożytkować, bo przepływam w tym momencie przez Cieśninę Gibraltarską. Kierując się ponownie na Karaiby. Tym razem celem jest znalezienie pracy na jachcie. Dobrze płatnej pracy.

Wniosek z tego taki. Podróże są tanie. A na pewno tańsze niż życie studenta w Krakowie.

Marek Kramarczyk