Kosztowna przygoda na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych

Autostopowa pętla po Martynice dobiegła końca, zobaczyłem kilka świetnych miejsc z półwyspem La Caravel na czele. Wróciłem do Le Marin gdzie za trzy dni miałem spotkać się z Bogdanem i popłynąć z nim na Sint Marteen/Saint Martin, holendersko-francuską wyspę gdzie chciałem sobie trochę dorobić przed dalszą podróżą. Siedząc na krawężniku i wcinając bagietkę z dżemem, zastanawiałem się gdzie będę spał tej nocy. Nie zdążyłem jeszcze skończyć kolacji, a usłyszałem za sobą znajomy śmiech… odwróciłem głowę i zobaczyłem Andrzeja, który jak na pirata przystało, w każdej dłoni trzymał solidną butelkę karaibskiego rumu. Po dwóch miesiącach ponowne spotkanie z kapitanem zaowocowało zaproszeniem na kilka dni na Blue Ocean, co jednocześnie rozwiązało mój problem.

IMG_3571
Karaibskie mariny

Dwa dni relaksu na polskim katamaranie pozwoliły nieco odpocząć po ostatnim tygodniu. Bogdan skończył właśnie czarter i mogliśmy porozmawiać. Po raz kolejny przekonałem się, że nie warto mieć żadnych planów, a jedynie zarys pomysłów. Następny rejs zaczynał się za cztery dni na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych i nie mieliśmy wystarczająco czasu, żeby nadkładać drogi na Saint Martin, ale mój nowy kapitan powiedział, że podrzuci mnie na BVI. Dlaczego nie! Tak więc zameldowałem się na pokładzie MeerKata, dwunastometrowego katamaranu Leopard. Żegluga była piękna, wiatr nam sprzyjał i po czterdziestu godzinach byliśmy już na miejscu, co było jednocześnie nowym rekordem tej trasy. Średnia prędkość dziesięciu węzłów, przy łodzi tej rozmiarów to wynik godny uwagi. Wyspy przywitały na piękną aurą, okraszoną dodatkową widokiem jednego z jachtów J-CLASS, a więc tych klasycznych, najdroższych, najbardziej ekskluzywnych i według mojej skromnej opinii, także najpiękniejszych. Pozostał jeszcze jeden mały problem do rozwiązania, Urząd Imigracyjny, słyszałem, że jest tutaj bardzo restrykcyjny, a ja właśnie schodziłem łodzi, nie mając ani biletu powrotnego, ani miejsca do spania, ani wystarczających pieniędzy. Bogdan stwierdził, żeby się nie martwić i poszedł zrobić odprawę. Do tej pory nie wiem jak się mu to udało, ale gdy wrócił w moim paszporcie widniała pieczątka z dwunastodniowym pobytem i kartka z nazwą zarezerwowanego hotelu. Oczywiście ten świstek papieru miałem w miejscu, do którego światło nie dochodzi, pożegnałem się i ruszyłem eksplorować nową wyspę.

IMG_3519
S/Y Velsheda wypływa na powitanie

Pierwszy cios łopatą w plecy dostałem gdy kupiłem sobie śniadanie w markecie. Za najtańszy chleb, parówki w puszcze, a właściwie jedną jeśli by ją skleić do kupy i dwa banany zapłaciłem pięć Dolarów. Był to mój dzienny budżet, więc musiałem dość szybko coś wymyślić, a że lepiej się to robi na pięknej plaży, tam też się udałem. Przy okazji poznałem uroczą amerykańską parę, która zaprosiła mnie na nocleg do wynajmowanego przez nich domku. Po intensywnym dniu rozmyślań plan był następujący: ograniczyć koszty! Całkiem dobrym sposobem jest Workaway, czyli portal internetowy umożliwiający znajdowanie gospodarzy, którzy zapewnią ci nocleg i jedzenie w zamian z kilka godzin pracy. Wprawdzie nie mam tam konta, ale widziałem, że na BVI są dwa takie miejsca, jedno dość charakterystyczne, bo znajdujące się na malutkiej wysepce. Postanowiłem je odnaleźć, przed tym jednak chciałem udać się w miejsce polecane mi przez wszystkich polskich żeglarzy. Wyspę zbudowaną przez Waldemara Wagnera, pierwszego Polaka, który opłynął świat dookoła, a po Drugiej Wojnie Światowej przeniósł się do zatoki Trellis Bay.

IMG_3596
Pelikan – mistrz niskiego lotu
IMG_3625
Zachód słońca na w Long Bay na Tortoli

Jak w każdym karaibskim kraju autostop działa świetnie, zresztą gdzie on nie działa świetnie to ja nie wiem. Jechałem właśnie z pewną Kenijką, która powiedziała mi o kolejnej możliwości Workaway, restauracji The Island Last Resort, w której kiedyś pracowała i zaproponowała, że mnie tam podrzuci. Świetnie, pojawiła się druga opcja, a gdy dojechaliśmy czekała na mnie niespodzianka. Wysiadłem na plaży w Trellis Bay i okazało się, że wszystkie trzy miejsca są jednym! TAK! Los się świetnie ze mną bawi podczas tej podróży. W zatoce znajduje się maleńka wysepka, ta sama, którą widziałem na zdjęciach na workaway.org . Jest to dokładnie miejsce zbudowane przez Wagnera, znajduje się tam wystawa poświęcona temu wybitnemu żeglarzowi i tablica pamiątkowa ufundowana przez tych, którzy o nim nie zapomnieli. Zgadnijcie jeszcze jak nazywa się knajpa, która tam jest… Oczywiście The Island Last Resort! Przeznaczenie przywiodło mnie tutaj w niecodzienny sposób, więc postanowiłem zostać.

IMG_3652
Tablica poświęcona polskiemu żeglarzowi
IMG_3650
Wysepka Bellamy Cay to kolejny biało-czerwony akcent na Karaibach
IMG_3643
Widok na Trellis Bay i Bellamy Cay z najwyższego szczytu Beef Island

Co do Brytyjskich Wysp Dziewiczych, to jest istny raj do żeglowania. Świetne warunki pogodowe, stałe wiatry i kilka malowniczych wysepek położonych w bliskiej odległości. Mnóstwo bajkowych zatok z plażami o białym piasku, doskonałych do rzucenia kotwicy. Bary ukryte pośród palm zaserwują orzeźwiające napoje chłodzące. Nic dziwnego, że BVI posiadają największą flotę czarterową na Karaibach. Doskonałe miejsca do nurkowania i szeroko rozwinięty biznes turystyczny przyciągają odwiedzających z całego świata. Niestety w porównaniu z miejscami odwiedzonymi poprzednio fauna i flora wypadają stosunkowo blado, co nie znaczy, że nie ma tu co oglądać oczywiście. Jest to jeden z najbogatszych krajów na Karaibach, więc spotkamy tu ludzi z różnych zakątków globów, którzy przyjechali tutaj w poszukiwaniu lepszego życia. Jednak wszystko to pod ścisłą kontrolą, Urząd Imigracyjny na BVI nie chce sobie robić problemów jakie mają francuskie wyspy. Przypomnę, że Brytyjskie Wyspy Dziewicze to nie jest Wielka Brytania i nawet Anglicy zmagają się z tymi samymi trudnościami wjazdowymi, co inni. Bogactwo ludności miejscowej prowadzi do ciekawej, a nawet rzekłbym komicznej sytuacji na drogach. Widzi się tu masę amerykańskich Muscle Cars, królują Ford Mustang i Chevrolet Camaro SS, podrasowane tak, że nadają się bardziej na tor wyścigowy niż na drogi. No właśnie, jak one wyglądają Tortoli? Na tej najważniejszej wyspie archipelagu są one wąskie i pełne progów zwalniających. Wyobraźcie sobie ryk silnika, który mimowolnie sprawia, że odwracasz głowę. Patrzysz… i widzisz jak wyścigówka przetacza się przez spowalniacz z niemal zerową prędkością, na więcej nie pozwala zawieszenie obniżone do granic możliwości. Tych dróg nie ma wcale dużo, wyspa jest mała, a jej stolica, Road Town zatłoczona. Po prostu nie ma gdzie jeździć.

IMG_3627
Plaże na BVI
IMG_3619
Klimatyczny bar dla surferów

Ja tymczasem odpoczywałem na wyspie Wagnera, ciesząc się wspaniałym towarzystwem właścicieli restauracji, ich pracowników, a także pozostałych osób mieszkających tutaj w ramach Workaway. Ci ludzie są jak rodzina, dawno nie byłem w miejscu gdzie panuje czysta sielanka. Oczywiście już po kilku dniach zapragnąłem zostać dłużej, w tym celu udałem się po przedłużenie mojego pobytu. Urząd Imigracyjny przywitał mnie długą kolejką, jednak po godzinie udało mi się porozmawiać z Panią Oficer, taka klasyczna big mama ze spojrzeniem powodującym dreszcze. Nienagannie wyprasowany, biały mundur i te straszne oczy nie zwiastowały niczego dobrego. Zostałem poproszony o czekanie na zewnątrz, po pięciu godzinach dowiedziałem się, że… jutro ma mnie nie być w kraju. Moja idylla się skończyło i to w najgorszy możliwy sposób, bo jak niby w piątkowe popołudnie mam ogarnąć sobie transport. Najśmieszniejsze jest to, że kazali mi ewakuować się  z BVI tylko na jeden dzień, więc gdybym miał amerykańską wizę, bez problemu popłynąłbym na sąsiednie Wyspy Dziewicze i wrócił. Tego dokumentu jednak nie miałem bo chciałem przyoszczędzić przed wyjazdem. Jedyną opcją pozostały bilety lotnicze na Sint Maarten, co kosztowało mnie dwa razy więcej niż ta przeklęta wiza. Lot pochłonął niemal cały mój budżet. Wylądowałem w miejscu, do którego zmierzałem od jakiegoś czasu, jednak w życiu bym nie pomyślał, że dotrę tu bez pieniędzy. Pięćdziesiąt Dolarów w kieszeni i nic więcej, tak przywitała mnie ta mała holendersko-francuska wysepka, kolejna przygoda się zaczyna…

Marek Kramarczyk