Jachtostopowicze czyli My

Opowiem wam o pewnym fenomenie, którym jestem zachwycony od kilku  miesięcy. W taki stan wprowadziła mnie ogromna popularność jachtostopu wśród podróżników znad Wisły. Podczas trzeciego rejsu przez ocean i kolejnego stosunkowo długiego pobytu na Karaibach, uświadomiłem sobie jak wielu z Nas podróżuje w ten właśnie sposób. Społeczność polskich jachtostopowiczów jest liczna i zgrana. Do tego stopnia, że ciężko mi było znaleźć port, w którym nikt z Polski nie szukał łodzi. A za wszystko w dużej mierze jest odpowiedzialna pewna inspirująca osoba.

Nieco ponad dwa lata temu siedząc schowany przed smogiem w pewnym krakowskim mieszkaniu, twardo przygotowywałem się do egzaminu na studiach. Oznaczało to przeglądanie Youtube’a w poszukiwaniu filmów podróżniczych. Z ciepłych miejsc, bez powietrza, które się je zamiast nim oddychać. W podpowiedziach pojawił się intrygujący tytuł. “Podróż za jeden uśmiech – Droga”. Kliknąłem.

“O Kur..! To tak się da?!” – egzamin właśnie w tym momencie został sklasyfikowany do zaliczenia w drugim terminie. Po obejrzeniu trzydziestominutowego reportażu o podróży stopem na pokładzie jachtów, po prostu nie było szans wrócić do nauki. Myślami już byłem na środku oceanu.

Autorem filmu był Mateusz Andrusiak. Człowiek, który kilka razy pokonał Atlantyk jachtostopem. Zaplanował swoją deportacje z Karaibów i darmowym lotem wrócił do Europy. Jest także założycielem grupy na Facebook’u: Jachtostopowicze czyli My. Zrzesza ona ludzi podróżujących w ten właśnie sposób. Dla wielu, w tym dla mnie, dołączenie do tej grupy było początkiem wielkiej przygody. Wymiana doświadczeń, historii i zdjęć działa motywująco na wszystkich. Liczba jej członków rośnie z każdym dniem. I chyba nie ma osoby żeglującej okazją, która nie zapytała Mateusza o radę. Zdecydowanie jest on takim Ojcem Chrzestnym polskiego jachtostopu.

IMG_6377

Rok później sam wyruszyłem w podróż. Dziewięciomiesięczna wyprawa obfitowała w przygody i zdarzenia, w które ciężko uwierzyć. No chyba, że brało się w nich udział. Znalezienie pierwszego jachtu w pięć minut, mimo kompletnego braku doświadczenia. Spanie z bezdomnymi, dwukrotne przepłynięcie Atlantyku, czy wreszcie spędzenie pięciu miesięcy na Karaibach. Z czego dwa spędzone na żegludze w załodze złożonej tylko z polskich jachtostopowiczów. Mających do dyspozycji dwunastometrową łódkę pod szwedzką banderą. Wszystkie koszty pokrywali właściciele.  Pływaliśmy, wspinaliśmy się na wulkany i eksplorowaliśmy dżunglę. Dodając do tego wyrzucenie przez Urząd Imigracyjny Brytyjskich Wysp Dziewiczych i wylądowanie na Sint Maarten bez pieniędzy… No po prostu działo się! O tym wszystkim możecie poczytać we wcześniejszych postach na blogu albo sięgnąć po lutowy numer Travelera.

IMG_5795

Po powrocie spędziłem w ojczyźnie trzy miesiące. Następnie wyruszyłem w kolejny rejs przez Atlantyk. Pierwsze dwie przeprawy przez ocean były ekscytujące. Czułem, że robię coś niemożliwego, nieosiągalnego. Towarzyszyły mi napięcie, podniecenie i niewiarygodna radość, gdy wreszcie postawiłem swoją stopę na Karaibach. Tym razem tego nie było. Za trzecim razem czułem się jakbym szedł do sklepu po bułki. Brak wielkich emocji pozwolił dostrzec więcej rzeczy dziejących się dookoła.

Już podczas pierwszego pobytu w Las Palmas – miejsca znanego jako wylotówka do Ameryki, poznałem piątkę rodaków szukających transatlantyckiej podwózki. Z trojgiem z nich zwiedzałem później tropikalne wysepki na wspomnianym wcześniej szwedzkim jachcie. O kilku kolejnych dowiedziałem się z internetu. Niemal wszystkim się udało. Ten sezon okazał się być znacznie bardziej obfity.

Na łódce zameldowałem się w połowie września w Cannes. Po tygodniu znalazłem się na Gibraltarze. Mimo, że było jeszcze bardzo wcześnie i większość jachtów miała się tam zameldować dopiero za kilka tygodni to już siedem osób próbowało przedostać się na Kanary. W tym sześcioro Polaków.

Następnym celem było oczywiście Las Palmas na Gran Canarii. Spędziłem tam cały październik. Znów wcześnie, jednak już po dwóch dniach pojawili się jachtostopowicze z naszego kraju. Tak się złożyło, że z powodu braków kadrowych dzień przed wypłynięciem przesiadłem się na zaprzyjaźniony katamaran. Płynęliśmy flotą dwóch jachtów. Dołączyła do mnie też trójka podróżników, z którymi przepłynąłem ocean i miałem sporo frajdy na Martynice. Wliczając w to niezapomniane Boże Narodzenie w tropikalnym lesie deszczowym.
Tuż przed końcem roku trafiłem na Sint Maarten, gdzie jestem do teraz. Nie minął tydzień, a poznałem piątkę naszych. Sylwestrową zabawę zorganizowaliśmy w zupełnie innej, ale wciąż jachtostopowej ekipie. Byli na wyspie kilka przez jakiś czas, a potem każde z nich wyruszyło w swoją stronę. Pojawili się nowi… Zresztą poczytajcie sami! Oto krótkie relacje kilkoro polskich jachtostopowiczów. Atlantyk? Pacyfik? Pływamy wszędzie!

Klaudia

received_1321986207847476
fot. Klaudia Rembiasz „Wraz z moim towarzyszem podróży znaleźliśmy jacht już po 2 dniach szukania w La Linea i na Gibraltarze. Z Australijczykiem który startował w ARC+ dopłynęliśmy do Las Palmas w 7 dni. Oczywiście nie obyło się bez choroby morskiej, która niestety trzymała mnie przez 3 dni i kłopotów z głównym żaglem (main), ale i tak nie zamieniłabym tej podróży na nic innego. W Las Palmas się rozleniwiliśmy trochę, bo mieliśmy gdzie mieszkać (dalej na łodzi), potem znaleźliśmy pracę – czyściliśmy Katamarany. Okazja sama się przydarzyła, bo spotkałam Polaka w Marinie. Właśnie tą Polską łodzią wraz z 5 jachtostopowiczami popłynęłam do Cabo Verde. Jak to się stało? Łódka była duża, a prawie pusta, w związku z tym zarekomendowałam resztę. Codzienne granie w gry karciane czy kalambury oraz oglądanie filmów przerywały nam wachty. Oglądaliśmy także świecący plankton i kąpaliśmy się w Oceanie. Po dopłynięciu na Fogo – jedną z wysp wszyscy wysiedli, a ja ruszyłam dalej w tygodniowy rejs po Wyspach Zielonego Przylądka i następnie na Martynikę. Jakie mam wrażenia z przekraczania Atlantyku? Było niesamowicie… Mieliśmy okazję oglądać małe wieloryby, przez kilka dni płynęły razem z nami – małe stadko 4-5 sztuk, o delfinach czy planktonie oraz latających rybach nie wspominając. Jedną latającą rybą w nocy dostałam w twarz, więc strzeżcie się! :)Ale najpiękniejszym momentem tej podróży było zobaczenie Martyniki koło 5:00 nad ranem po 16 dniach żeglugi. W obu przypadkach płaciłam tylko za jedzenie. Całość od Gibraltaru do Martyniki wyniosła mi jakieś 400 euro. Da się taniej? Da, ale ominęłoby mnie bardzo wiele. Dla takiego doświadczenia warto było!”

Patryk (www.pragnieniaserca.pl)

received_1172704016175724
„Atlantyk. Wielka pustynia, po której hulają wiatry i przelewają się wydmy wody, delfiny śpiewają przy dźwięku gitary i tamburynu, latające ryby wyskakują z wody by zobaczyć kto postanowił odwiedzić to pustkowie a słońce niestrudzenie i wyjątkowo pięknie ubarwia całą przygodę o zachodzie. Marzenie wielu. Moim również było więc wziąłem plecak i ruszyłem bez grosza przy duszy. Miałem szczęście i pecha za razem (a właściwie kolejkę z wagonami szczęścia, pecha, szczęścia, pecha i szczęścia przez które kolejno przechodziłem) gdyż musiałem trzy razy szukać nowej łodzi (pierwszy raz żona kapitana musiała mieć operację bo wykryto u niej raka, druga łódź nieoczekiwaną i nagłą decyzją kapitana poszła na sprzedaż). Jak to mówią do trzech razy sztuka i w końcu po 17 dniach żeglugi znalazłem się w pięknej zatoce na wybrzeżu Karaibskim przywitany niesłychanymi dotąd dźwiękami i egzotyczną przyrodą.”

Ania (www.aaoutthere.wordpress.com)

across-the-atlantic-12
fot. Antonio Fulghieri „Wychowałam się nad Morzem Bałtyckim, w Ustce. Od najmłodszych wiec lat szum fal, „spiew” mew, wschody i zachody słońca, daleki horyzont były mi znajome. Dopiero jednak gdy na stałe wyprowadziłam się z rodzinnego miasta i zaczęłam podróżować po Europie, zatęskniłam za wodą i najlepszym na świecie piaseczkiem 😉 W podróży poznałam kilku jachtostopowiczow, którzy swoim przykładem udowodnili, że można przepłynąć ocean z kasą na tzw „waciki” w kieszeni. Setki jachtów co roku po jesiennych huraganach szykuje się na transatlantyk a potem przez kanał panamski i Pacyfik! I tak w kółko. Właściciele jachtów, o ile nie są zawziętymi solo żeglarzami potrzebują załogi! No i właśnie podążając tą logika, pojechaliśmy z moim chlopakiem Antkiem na tegoroczne jahtostopowe łowy na Gibraltar. Porozwieszaliśmy ogłoszenia i zaczęliśmy pytać się dookoła czy nikt nie potrzebuje dwóch par rąk do pomocy. Po tygodniu dopisało nam szczęście: dołączyliśmy do międzynarodowej załogi 14 metrowej żaglówki „Nereid”, która pomału sunęła do…Australii. W 6 tygodni przeplynelismy blisko 5000 mil morskich pod okiem doświadczonego kapitana Dawida i wylądowaliśmy na słonecznych Karaibach. Piękny to był czas, samiusieńcy na ogromnym oceanie, nieraz tylko w towarzystwie delfinów, kilku wielorybów, bez Internetu, telefonu. Spędziłam tak swoje 26 urodziny. Jachtostop ma swoje uroki, ale też czasami dopiecze choroba morska, sztormem, nieodpowiednio dobrana załogą i niedospaniem (nocne wachty). Poczucie przygody, wyzwania, siły natury, powrót do znanej od setek lat sztuki żeglarstwa i piękno jakie temu wszystkiemu towarzyszy jest jednak dla mnie najlepsza nagroda za wszelkie niedogodności i włożony wysiłek, żeby w takiej sytuacji się znaleźć.”

Alicja i Andrzej (www.LosWiaheros.pl)

malezja_jachtostop_andrzej

indonezja_jachtostop_alicja
„Wizja żeglowania po ciepłych wodach Pacyfiku i docierania do egzotycznych wysp, towarzyszyła nam w trakcie całej podróży lądem przez Azję. Gdy dotarliśmy wreszcie do Timoru Wschodniego skąd chcieliśmy przepłynąć jachtem do Australii, okazało się, że nasze kolorowe wyobrażenia o jachtostopie rozbiły się o surową rzeczywistość. Nie mieliśmy wtedy pojęcia o żeglowaniu i nie wiedzieliśmy, że istnieje coś takiego jak sezony żeglarskie. Byliśmy w złym miejscu i o złym czasie. W porcie nie było ani jednego jachtu, oprócz jednego, który po poważnej awarii został w Timorze Wschodnim i czekał na swojego właściciela, który mieszkał w Australii… Nie poddaliśmy się jednak i po ośmiu tygodniach oczekiwania, wreszcie wypłynęliśmy w kierunku Australii. Była to trudna przeprawa, bo zepsuło się na jachcie dosłownie wszystko, nie było wiatru, a prądy morskie znosiły nas w złym kierunku. Na szczęście kapitan i jego pomocnik byli prawdziwymi wilkami morskimi, jeden z nich kiedyś zbudowanym przez siebie jachtem przepłynął z Tasmanii na północ do Cairns z mapą samochodową Australii… Mieli duże doświadczenie i można było im bezgranicznie zaufać. Wiele się wtedy nauczyliśmy, a kontakt z kapitanem utrzymujemy do dziś. Najdłużej na jednym jachcie spędziliśmy cztery miesiące żeglując między indonezyjskimi wyspami i wzdłuż wybrzeża Malezji, prosto do Tajlandii. Naszym kapitanem był siedemdziesięcioletni Anglik, który chciał opłynąć świat dookoła i na każdy odcinek dobierał sobie nową załogę. Zdobyliśmy sporo doświadczenia żeglarskiego, tym bardziej, że nie obyło się bez przygód jak na przykład wpadnięcie na rafę lub omijanie sieci zarzucanych nocą przez rybaków. Jacht dawał nam swobodę poruszania się między wyspami trudno dostępnymi dla transportu publicznego. Dzięki temu zobaczyliśmy Indonezję z innej perspektywy. Nie musieliśmy przecież martwić się o transport czy nocleg tylko poznawaliśmy uroki małych wysp, próbowaliśmy lokalnych potraw i obserwowaliśmy codzienne życie mieszkańców. Jachtostop to świetna przygoda, ale trzeba pamiętać o kilku zasadach, na przykład o tym, że jacht to czyjś dom i trzeba umieć odpowiednio się zachować… „

A po nich przypłyną kolejni. Mimo, że sezon zbliża się powoli do końca, to najświeższe informacje z Jachtostopowicze czyli My donoszą o kolejnych śmiałkach w Las Palmas. Dzięki tej grupie ludzie znają się jeszcze zanim wpadną na siebie, w którejś portowych tawern. Co znacznie ułatwia integrację i wspólne wyjście na butelkę lokalnego sikacza (Tropical na Kanarach czy Carib po drugiej stronie oceanu) lub szklaneczkę miejscowego rumu. [Pisałem to w styczniu, do tej pory już chyba  wszyscy są.]

Poza czysto socjalną funkcją, grupa jest także niezastąpionym źródłem informacji i porad na temat jachtostopu. Znajdziemy tu dosłownie wszystko, co powinno się wiedzieć przed rozpoczęciem takiej przygody. Od poradników, przez przydatne angielskie zwroty, aż po inspirujące zdjęcia z najnowszych przygód młodych żeglarzy amatorów. A gdy dalej występują wątpliwości i nurtujące pytania, inny członkowie na pewno udzielą pomocnej rady. Ostatnio nawet zaczęły pojawiać się tam oferty darmowych rejsów.

Społeczność zbudowana wokół grupy na popularnym fejsie jest zgrana i rośnie z każdym kolejnym sezonem. Co dobitnie pokazał ten. Pozostaje podziękować adminom i życzyć powodzenia w kontynuacji tego zacnego dzieła!

Dla chcących się zmierzyć z Atlantykiem już kolejnej jesieni, zapraszam do przeczytania mojego poradnika. Dowiecie się jak skutecznie i tanio to zrobić.
Marek Kramarczyk