Bunkry i dzikie plaże Albanii

Gdy wyjeżdżałem z Ochrydy właścicielka hostelu prosiła mnie, a wręcz błagała, żebym nie spał na dziko w Tiranie. Mieli mnie tam okraść i potem zabić. Odpowiedziałem, że się tam nie wybieram. Jednak jak to podczas autostopu, po kilku godzinach byłem już w Tiranie. Pech chciał, że był środek nocy. Wokół mnie kręciło się kilka podejrzanych osób.  Przestraszony wcześniejszymi prośbami kobiety oraz obecnością typów spod ciemnej gwiazdy, pierwszy raz wypróbowałem polecany na ACM’ie nocleg w toalecie, zamykając się od środka. Muszę przyznać, że to całkiem praktyczne rozwiązanie. Toalety w środku nocy okazały się być czyste i pachnące, a ja spałem jak dziecko.

Będąc w Albanii od samego początku planowałem powłóczyć się raczej po dzikich plażach tamtejszej riwiery. Moim pierwszym celem była Plaża Gjipe, umiejscowiona w południowej części kraju. Do pokonania miałem słynną drogę wzdłuż całego wybrzeża. Ta droga budziła zachwyt na każdym zakręcie, podjeździe czy zjeździe. Z jednej strony błękitne morze, z drugiej potężne i majestatyczne góry, od czasu do czasu przykryte chmurami. Co chwilę spotykaliśmy stada zwierząt, przechadzające się po jezdni bez żadnej opieki. Krowy, owce, kozy i osły nic nie robiły sobie z przejeżdżających aut. Mam teraz nową, najpiękniejszą drogę jaką w życiu jechałem. I to nie tylko moja opinia. Była (niestety) ekipa Top Gear też bardzo ją polubiła. Obczajcie epizod 3-ci szesnastej serii! Jak już jesteśmy przy samochodach, to do pokonania takiej trasy trzeba złapać odpowiednie auto. Tak się złożyło, że jechałem wtedy w starym Volkswagenem Transporterem. Przerobionym na wersję podróżniczą, bo zabrała mnie jedna z polskich ekip jeżdżących w ten sposób po Europie. Ostatnimi laty stało się to całkiem modne, tylko podczas tej krótkiej wyprawy widziałem dwa polskie busy.

Ujęcie z drogi
Ujęcie z drogi
IMG_0431
Było wiele wzniesień do pokonania…
… na szczęście samochód podołał.
… na szczęście samochód podołał.

Plaża znajdowała w kanionie wyschniętej rzeki. Trochę czasu zajęło nam znalezienie właściwego zjazdu, ponieważ jedyną pobliską miejscowością okazała się być wioska z dosłownie pięcioma domami. Znalazłem Gjipe po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy „dzikie plaże Albanii”. Niestety Wujek Google się pomylił, albo miał przedawnione informacje. Jeszcze kilka lat temu ta plaża faktycznie była dzika. Teraz zastaniemy tam dwa rzędy leżaków i bar. Na szczęście zjazd nad samą wodę jest możliwy tylko w terenowym samochodzie. W innym wypadku czeka nas 20 minutowy spacer skalistą ścieżką. Te czynnika sprawiają, że na miejscu nie spotkamy tłumów. Po kilku godzinach plażowania i krótkiej eksploracji kanionu pożegnałem się z ekipą z busa. Od samego początku wiedziałem, że chcę zostać tutaj na noc. Na końcu plaży znalazłem niewielką jaskinię, perfekcyjną do urządzenia sobie noclegu na dziko. Brak miast w promieniu kilkunastu kilometrów zapewnił fantastyczne warunki do podziwiania festiwalu spadających gwiazd, co dla mnie było dużą atrakcją, bo przez całe życie widziałem tylko dwie z nich. W nocy przeżyłem jeszcze dwa ataki krwiożerczej bestii, mam nawet zdjęcie, zobaczycie poniżej.

Prawie dzika plaża Gjipe
Prawie dzika plaża Gjipe
IMG_0477
Wejście do kanionu
IMG_0494
Albański zachód słońca
IMG_0522
Wchodzenia do czyjegoś domu bez pytania może rozzłościć gospodarza
IMG_0547
Poranek na Gjipe
IMG_0554
Widok kanionu z góry

Po Gjipe dalej podążałem w kierunku południowym. Zmierzałem do wioski Borsh, gdzie miałem nocować u hosta z chouchsurfingu. To miała być jedna noc, Juliano mój gospodarz stworzył miejsce genialne i klimatyczne, które pozornie jest tylko kawałkiem plaży. Skończyło się tak, że zostałem tam trzy dni i porzuciłem plany o zobaczeniu pobliskich kurortów. Kolejny raz wpadłem w międzynarodowe towarzystwo, tym razem mieszanka albańsko-francusko-meksykańsko-polska. Trzy dni spędzone na rozmowach, opowieściach i dalszych planach. Coraz bardziej przekonuję się, że w podróży nie liczą się miejsca, ale właśnie ludzie. Cały świat jest wspaniały i gdzie byśmy nie pojechali znajdziemy coś pięknego. To właśnie ludzie, ich historie, marzenia czynią każdą podróż wyjątkową i niepowtarzalną.

W Borsh spędziłem jeden dzień jako albański sprzedawca owoców. Chciałem zobaczyć jak wygląda tutejsza plantacja. Kuzyn Juliano, Mardit pracuje dla rodziców w lecie, żeby dorobić sobie do swoich studiów w Tiranie. Postanowiłem mu pomóc. Od strony uprawy i zbiorów wygląda to podobnie jak w Polsce, no może owoce są nieco inne. A sprzedaż? Jak marzenie, po prostu zanosi się owoce do stoiska przy drodze i czeka na klientów. Żadnych formalności, podatków i całej tej unijnej biurokracji, to jest rzecz, której brakuje mi w Polsce. Szkoda, że nie mogę wam pokazać min Albańczyków, którzy kupowali u gościa nie mówiącego w ich języku. Po trzech dniach w albańskiej wiosce, razem z resztą ekipy wróciliśmy na Gjipe, gdzie spędziliśmy kolejną noc, a następnego dnia ruszyłem na północ w kierunku Szkodry.

IMG_0566
Albańska wioska
IMG_0570
$$$
IMG_0572
Plaża w Borsh
IMG_0599
Część gangu Albanii

Albania słynie z kilku tysięcy bunkrów. Ta liczba wcale nie jest przesadzona. Spotykamy je na każdym kroku w dowolnej części wybrzeża. Czasami co kilka metrów. Skąd się wzięły? Za wszystko jest odpowiedzialny jeden człowiek. Powojenny dyktator Enver Hodża, sprawował władzę przez wiele lat. To właśnie on jest odpowiedzialny za izolację Albanii od reszty świata i to dlatego ten kraj pozostaje dla nas tajemniczy. Ów jegomość bardzo obawiał się inwazji ze strony innych krajów, dlatego też w celach obronnych rozkazał wybudować te wszystkie bunkry. Oto zaledwie kilka z nich.

IMG_0458
Bunkier w drodze na Gjipe, pierwszy z siedmiu na odcinku kilometra
IMG_0574
Bunkry w pobliżu Borsh
IMG_0575
Albania na jednym zdjęciu – plaża, bunkry, zwierzęta bez opieki oraz ŚMIECI

Przy okazji drogi do Szkodry opiszę wam jak wygląda autostop w Albanii. Po opuszczeniu nowych przyjaciół i kilkukilometrowym spacerku pod górę, dotarłem wreszcie do właściwie jedynej albańskiej drogi wzdłuż wybrzeża. Wyciągnąłem kciuk i już pierwsze auto zabrało mnie do pobliskiego miasteczka. Zacząłem łapać dokładnie w miejscu, w którym wysiadłem. Zobaczyłem nadjeżdżające auto, a w nim dwie blondynki. Czarujący uśmiech błyskawicznie pojawił się na mojej twarzy i znów miałem stopa od strzała. Francuska i Belgijka podwiozły mnie do miasteczka Vore, po drodze zabierając na jedyny w swoim rodzaju albański jogurt. Znały specjalne miejsce w środku gór gdzie serwują najlepszy i faktycznie taki był. O ile prywatnie nie jestem fanem jogurtów o smaku jogurtu, to tym razem byłem absolutnie zachwycony. Wracając do Vore, stanąłem za rondem z drogą na północ i już wyciągnąłem karton z zamiarem zrobienia tabliczki „SHKODER”. Nie zdążyłem sięgnąć po marker gdy zatrzymał się taksówkarz w dziewięcioosobowym busiku. Widząc kartkę z miejscowością, do której jechał, od razu zabrałem się za tłumaczenie, że nie potrzebuje taksówki i „skam lek” co znaczy „nie mam pieniędzy”.

– Ty jedziesz za darmo! – usłyszałem w odpowiedzi.

I faktycznie, wszyscy inni pasażerowie płacili. A ja znów na krzywy ryj, nie twierdzę że choć trochę mi to przeszkadzało. Taksiarz wysadził mnie na skrzyżowaniu jakieś 100 km od mojego celu. Droga do Szkodry biegła wiaduktem nade mną, a ja wreszcie zacząłem skrobać nazwę miasta na kartonie. Gdy wreszcie się z tym uporałem, zacząłem wspinać się na wiadukt. Wtedy podbiegła do mnie zdyszana dziewczyna.

– Cześć! Jedziesz do Szkodry?

– Tak jest!

– Moi rodzice czekają w aucie 500 m stąd. Przepraszam, że tak daleko ale nie było innego miejsca, żeby się zatrzymać. Moja mama zauważyła, że coś pisałeś i po literach „SHK” poznała, że to Szkodra i kazała nam stanąć.

– Haha! Serio?

-Tak! To co jedziesz?

– Jeszcze pytasz? Jasne, że jadę!

Gdy dojeżdżaliśmy do Szkodry, postanowili pomóc znaleźć mi nocleg, a Blerina zaproponowała, ze pokaże mi miasto następnego dnia. Zatrzymaliśmy się przy dość ekskluzywnej restauracji. Zapytałem o miejsce na rozbicie namiotu. Dostałem ogromny i smaczny obiad, którego nie byłem wstanie zjeść, a spałem w ogródku restauracyjnym mając swojego prywatnego ochroniarza.

Następnego dnia zwiedziałem Szkodrę w towarzystwie Bleriny. Po zobaczeniu miasta wybraliśmy się wraz z jej kuzynem na przejażdżkę rowerową wokół jeziora. Gdy wieczorem wyszedłem na wylotówkę to nie uwierzycie… Znów zatrzymało się pierwsze auto! Tym razem polska para, która wiozła mnie już dwa dni wcześniej na Gjipe. I tak oto opuściłem Albanię kierując się w stronę domu.

IMG_0622
Część ulic w Szkodrze posiada nieco kolonialną zabudowę
IMG_0630
Wokół jeziora można pojeździć na rowerach
IMG_0641
Każde miejsce jest dobre na ryby

Podsumowując mogę napisać, że wszystkie rzeczy, które mówi się o Albanii są prawdziwe. Bunkry, dzikie plaże, gościnność, zwierzęta na drogach chodzące bez opieki i niestety, tony walających się wszędzie śmieci. Ja nie widziałem tylko żadnego Kałasznikowa, nad czym niezmiernie do tej pory ubolewam. Turyści powoli zaczynają odkrywać urok tego kraju, na tyle wolno, że jest jeszcze czas tam jechać i tego zakosztować. Ale śpieszcie się, jak mówiłem, jeszcze pięć lat temu Gjipe była zupełnie dziką plażą. Teraz mamy tam leżaki i bar…

Marek Kramarczyk